Adopcja, Adopcyjne dylematy, Adopcyjne historie, Codzienność, Dom, Droga do adopcji, Dzieci, Macierzyństwo, Małżeństwo, Miłość, Prawda o adopcji, Proces adopcyjny, Rodzicielstwo, Rodzina, Rodzina adopcyjna

Adopcyjny balans

Wylogowałam się na chwilę z blogowego życia. Jest lato, więc czerpię z niego garściami. Potrzebowałam chwili oddechu od wirtualnej przestrzeni. Przeczytałam ostatnio w jednym z magazynów artykuł o adopcji. Mocno tendencyjny. Ruszyło mnie więc, mimo wakacyjnego czasu. Postanowiłam wrócić do Was na chwilę. Witajcie, cześć!

Męka
Rodzice adopcyjni jako ludzie, którzy się poświęcają, niosą krzyż trudnego rodzicielstwa, dźwigają bagaż nie do uniesienia. Umęczeni, przytłoczeni życiem i nieznośnymi dziećmi. Wiele razy pisałam o tym, jak chwilami bywa ciężko. Jak bardzo niebiologiczne rodzicielstwo jest niestandardowe. Nie wycofuję się z tych słów i uważam, że nadal za mało się o tym mówi.
Jednak nieco męczą mnie publikacje o nieustannych dramatach i koszmarnych dzieciach z bidula. O dziedziczeniu wszystkiego, co w człowieku najgorsze i konieczności powielania schematów rodzin biologicznych. Często to wszystko mocno się upraszcza. Z jednej strony zalewa nas propaganda adopcji serca. Cukierkowych opowieści o dzieciach na chmurce, zakochaniu od pierwszego wejrzenia oraz zaserwowaniu dawki miłości, która wszystko w dziecku uleczy. Z drugiej strony mrożące krew w żyłach historie o dzieciach, które biegają z nożem za rodzicami i czyhają tylko na to, żeby ich zamordować lub chociażby w swojej łaskawości zrabować. Normalnych historii brak. Są rodziny idealne lub rodem z horroru. A wszystkiemu winna jedna i ta sama Pani. Adopcja.
Kiedy czytam, że rodzicami adopcyjnymi mogą być tylko ludzie niezwykli, to mi ręce opadają do ziemi. Wydaje mi się, że wystarczy, jeśli będą mieli trochę życiowej mądrości (nie mylić z ilością dyplomów wyższych uczelni). Doświadczeń, które sprawią, że będą wobec życia pokorni i refleksyjni. I zasobów miłości do podarowania, jak również jej odbierania od innych. Nie muszą być niezwykli, a nawet wskazane, żeby się za takich nie uważali.
Czy czuję mękę w adopcji? Nie. Czy jestem umęczoną matką polką adopcyjną? Nie.
Przeżywam rodzicielstwo niebiologiczne jako powodujące, że czasem jestem zmęczona i padam z nóg.
Tyle, że między zmęczeniem, a męką, jest ocean do przepłynięcia. Na szczęście – chociaż w tym kontekście – pływak ze mnie marny.

Przyczyna rozpadu
W ostatnim czasie wiele razy czytałam i słyszałam, że jakieś małżeństwo rozpadło się z powodu adopcji. Yhm. Czyli było sobie dobre wspaniałe małżeństwo i nagle BUM! Adoptowali dzieci i to właśnie one sprawiły, że się rozstali. Z pewnością stawały między nimi każdego dnia i z całych sił próbowały ich na wieki rozdzielić. W końcu w dzieciach drzemie wielka moc.
Przekonałam się na własnej skórze, że w czasach małżeńskich i wcześniejszych, mieliśmy z Ł. zupełnie inną swobodę życiową. To się zmieniło najbardziej, odkąd mamy dzieci. Stale jednak pracujemy nad tym, żeby posiadanie potomstwa jak najmniej wpływało na nasze poczucie ograniczenia w innych sferach życia niż rodzina. Każdy związek na przestrzeni lat przeżywa wzloty, upadki, etapy, kryzysy i zmiany. Rodzicielstwo często jest czymś w rodzaju testu dla par. W końcu w układ dwojga ludzi nagle wkracza mały człowiek. System rodzinny i cała relacja podlega więc zmianie, ale to zupełnie naturalne. Czas jest czynnikiem, który stabilizuje nową sytuację. Nie inaczej jest w przypadku adopcji. Noworodek wkracza w relację dwojga ludzi jak huragan. Dziecko adopcyjne zwykle robi to niczym trąba powietrzna.
Na szczęście, to też jest tylko jeden z wielu życiowych etapów. Po nim przyjdą kolejne i warto o tym nie zapominać w chwilach kryzysu.
Czy adopcja może sprawić, że ludzie się rozwiodą? Nie sądzę. Rozwód, rozpad związku może się przytrafić każdemu. Nawet najlepszym parom. Tylko czy adopcja sama w sobie może być powodem? Dla mnie to raczej wymówka, bo powodów takiej sytuacji jest na pewno o wiele wiele więcej. Na rozstanie zawsze składa się wiele spraw i okoliczności. Rodzicielstwo niebiologiczne ma swoje cienie, to fakt. Tyle, że jeśli ktoś decyduje się na nie, a później kiedy jest ciężko, zwyczajnie odwraca się na pięcie i ucieka, to może po prostu świadczy to o tym, że związek nie był wcale udany i gotowy, aby przetrwać wspólnie trudne chwile. Straszenie rozwodami w odniesieniu do adopcji jest naprawdę wyjątkowo słabym pomysłem. Wśród ludzi w moim wieku jest tak wiele par, które żyją ze sobą bez miłości. Znudzeni, niezainteresowani już sobą zupełnie. Przyrośnięci do siebie z poczucia przywiązania, kredytu, wspólnych dzieci czy nieumiejętności wyobrażenia sobie, że musieliby zaczynać od nowa – sami. Żyjący razem, a tak naprawdę osobno. Patrzących na siebie pustymi oczami. Czujących się jak we wspólnej ciasnej klatce. Mówiących już tylko o pieniądzach czy karierze, które stają się substytutem bliskości i zainteresowania drugim człowiekiem.
Jakie to ma znaczenie, czy mają dzieci czy też nie? Czy są rodzicami biologicznymi czy adopcyjnymi? Choć statystyki dotyczące rozwodów wśród par decydujących się na niebiologiczne rodzicielstwo pewnie mają swoje argumenty, warto się mimo wszystko zastanowić, czy to nie tylko uproszczenie na potrzeby ilościowej oceny zjawiska. Z mojego punktu widzenia, jeśli rozstanie i rozwód staną się moim udziałem, to choć wrzucą mnie w kolumnę – rozwiedzeni z powodu adopcji, będzie to z pewnością wierzchołek góry lodowej międzyludzkich problemów w relacji.

Lek na całe zło
Jest też druga strona medalu. Marzycie o dziecku, ale napotkały Was niepowodzenia w leczeniu niepłodności? Adoptujcie! Dzięki temu spełnicie swoje plany rodzicielskie i zrobicie w bonusie dobry uczynek. Yyyy, szczerze? Nie do końca tak to działa. Podobnie jak nie do końca działa przekonanie, że dziecko uleczy się samą miłością i jeszcze będzie oddawało całe życie wdzięczność, że zechcieliście się nim zaopiekować.
Adopcja nie będzie lekiem na całe zło. Ani dla Was, ani dla dziecka. Jeśli jesteście pokiereszowani przez los, potrzebujecie zupełnie innego wsparcia. Niebiologiczne dziecko Was nie uleczy. Podstawą udanego rodzicielstwa adopcyjnego jest wewnętrzny balans. Spokój. Szczęście. Wdzięczność za to, co nam przynosi los. Jeśli jesteście jeszcze na etapie walki, rozpaczy albo w trakcie żałoby po dziecku, które nigdy się nie narodziło lub nawarstwienia innych problemów – poczekajcie.
Dziecko również nie traktuje adopcji jako zbawienia. Nagle pojawia się ktoś, kto daje zainteresowanie, swój czas, atencję, nowe przygody, zabawki. Ktoś na wyłączność. I to jest dla dziecka fajne. Nowe, nieznane. Najczęściej jednak, w jakimś momencie ten mały człowiek zapragnie znanego środowiska życia. Więc może zacząć Was odtrącać, bo tylko w odtrąceniu czuje się dobrze. Tylko to ma i zna. Nowa matka i ojciec ze swoim wagonem miłości, nagle zaczynają przygniatać i przytłaczać. Dziecko zaczyna manifestować, że jest mu źle w tym zalaniu uczuciem. To oczywiście nie będzie trwało wiecznie, ale mimo to trudno będzie się z tym mierzyć przez wiele dni. Zresztą takie rzeczy wracają falami. Przestają się pojawiać, wydaje się, że nie wrócą, a później nagle bach, drobna sytuacja wywołuje znów lawinę. Na to naprawdę trzeba mieć siłę – w sobie.
Pisałam również o kwestiach związanych z wyobrażeniem dziecka, z oczekiwaniami  -> tutaj link. Wasze wyobrażenia dotyczą dziecka biologicznego. To, co ma się w głowie przed adopcją, to najczęściej wizja dziecka, które chciałoby się mieć. W przypadku rodzicielstwa adopcyjnego, bardzo ważne jest to, żeby nie stawiać sobie i przede wszystkim dziecku, oczekiwań nie do zrealizowania.
Adopcja to wybór, jedna z dróg budowania rodziny i fajnie, jeśli jest oparta na świadomym przeżywaniu.

Rodzina ach rodzina
Opowiem Wam jeszcze historię, która od ponad roku każdego dnia rozgrywa się w zasięgu mojego słuchu, a i wzroku czasem. Archetyp rodziny idealnej. Żona, mąż i dwójka dzieci – dziewczynka i chłopiec oczywiście. Wielki dom wybudowany, a przy nim dwie garażowane limuzyny. Wakacje zagraniczne co najmniej raz w roku i oczywiście na minimum dwa tygodnie, bo bez tego wypocząć nie sposób. Ogród wypielęgnowany i nawet miejsce na figurki w stylu krasnali się znalazło, jako kwintesencja polskości. Na najbardziej wymuskanym trawniku, raz po raz rozgrywają się sceny z codzienności. Nie sposób tego wyrazić słowami, więc zostawię tylko kilka obrazów z tego pięknego filmu. Nieodłączny krzyk, wrzask w konfiguracji żona-mąż, mąż-żona, mama-dzieci, ojciec-dzieci oraz rodzice chórem-dzieci. Poniżanie, umniejszanie, podkopywanie poczucia własnej wartości, zastraszanie, karanie, groźby, przemoc psychiczna. Długo by wymieniać. Gdzie jest winny całego zamieszania? Otóż winne są dzieci. Co w sumie jest ciekawe, bo ich jakoś nigdy nie słychać. Słychać natomiast, że są złe, najgorsze, złośliwe, przeszkadzają, niszczą, dokuczają, wrzeszczą, nie słuchają, krzyczą, depczą, łamią, chlapią, brudzą, męczą, wyrosną na nieudaczników, sprawią, że mama – cytuję „będzie darła mordę” itd…. Rodzina. Wyższe sfery, Kwiat naszego społeczeństwa. Pomijam już wątek zareagowania przez otoczenie na krzywdę dzieci, które w tej sielance spędzają życie. Pomijam również komentarz jak życie w takich realiach wpłynie na ich dalsze losy. Z zewnątrz życie jak z bajki – mogłoby się wydawać. W środku los pełen strachu i lęku. Dwoje neurotycznych ludzi, wzmocnionych przez siłę pieniądza, co najmniej zapomniało po co w ogóle postanowiło ze sobą rodzinę stworzyć. Dramat przeżywają przede wszystkim dzieci, ale również oni sami. Traktując siebie jak przeciwników i wrogów, którzy jednoczą się tylko w chorym zatruwaniu życia dzieciom. Swoim dzieciom. Dlatego za każdym razem kiedy ich słyszę, bo zagłuszają moją przestrzeń, marzę o tym, żeby rozwiedli się choćby przez rodzicielstwo, które ich przerosło, tak jak pewnie wiele innych spraw. Czy tutaj też winne będą dzieci? Bo podeptały świeżo posadzoną różę i strzelały z pistoletu na wodę w okno?
Im więcej mam lat, tym mniej ich mieć bym chciała, ale widzę tej sytuacji ogromny plus. Uczę się dystansu. Dzięki temu odpuszczam sobie i moim małym chłopcom. Doceniam wszystkie zmiany, które w nich zachodzą, nie układam wysokich poprzeczek, nie snuję wizji i oczekiwań. Daję nam wszystkim czas. W adopcyjnym rodzicielstwie czas jest kluczowy. Wtedy odpuszczają obawy, lęk i stres. I wiecie co? Mam najfajniejszych chłopaków na świecie. Nie spadli mi z tęczy, ani nawet miłości od pierwszego wejrzenia między nami nie było. Nie boję się, że wyrosną na kryminalistów. Nie oczekuję, że zostaną profesorami psychologii. Dla tego uczucia, które jest między nami teraz i wewnętrznego spokoju, że nasze bycie razem jest jedną z najlepszych życiowych przygód wiem, że mogłabym pokonać jeszcze milion ścieżek potykając się o kamienie, a i tak byłoby warto.
Tego samego Wam życzę. Spoglądanie wgłąb siebie i uczenie się dystansu, również do tego co nam serwują media – w tonie waty cukrowej lub sensacyjnym, pozwala na dokonywanie wyborów dobrych dla dzieci, ale również dla nas samych.

Poprzedni wpis

Zobacz także

2 komentarze

  • Odpowiedź Justycha 7 sierpnia 2019 · 3:24 pm

    Wspaniale napisane, dzięki.

  • Odpowiedź M. 7 sierpnia 2019 · 3:59 pm

    Dziękuję. Jeśli tylko w czymś pomogło, to cieszę się 🙂

  • Skomentuj