Adopcja, Adopcyjne historie, Dzieciństwo, Miłość, Prawda o adopcji, Proces adopcyjny, Rodzina, Rodzina adopcyjna

Wyjątkowa rozmowa

Mam ogromną przyjemność podzielić się z Wami efektami rozmowy z pewną wyjątkową kobietą. Pogawędka (choć wirtualna) myślę, że spowoduje u Was uśmiech, a może również da nadzieję. Macie czasami poczucie, że Wasze wysiłki idą na marne? Boicie się, że robicie dla swoich dzieci tak wiele, a nadal Wasza wspólna droga biegnie jakoś pod górę?

W takim razie przeczytajcie. I wiecie co? Z Waszych dzieci również wyrosną piękni sercem, mądrzy i dobrzy ludzie.

Justyna, bo o niej mowa, w dzieciństwie została adoptowana. Dziś ma 34 lata i jest psychologiem. Mówi o sobie – Większą część życia spędziłam na wsi, lubię spokój i ciszę. Kiedy chcę się wyciszyć i nabrać energii, jadę do mojego rodzinnego domu i tam za każdym  razem odnajduję harmonię. To taka moja mała medytacja. Jestem wrażliwa i empatyczna, bardzo boli mnie krzywda innych i chciałabym móc zbawić cały świat. Jak mówił Charlie Chaplin: „dzień bez uśmiechu jest dniem straconym” i tak jest w moim przypadku. Kocham siebie, taką jaka jestem i kocham to co mam. Mam mnóstwo książek…od zawsze marzyła mi się domowa biblioteka i dążę do niej. Oczywiście nie jestem idealna i jak każdy mam też wady.

(na zdjęciu moja rozmówczyni – archiwum własne Justyny)

M.: Czy uważasz, że fakt, że jesteś adoptowana w jakiś sposób Cię definiuje? Mam na myśli to, czy jest to na tyle istotny fakt z Twojego życia, że myślisz o sobie i swoich losach przez pryzmat tego wydarzenia?

J.: To że jestem adoptowana nie znaczy, że czuję się gorsza czy inna…wręcz przeciwnie. Czuję się wyjątkowa, bo zostałam wybrana do najważniejszej misji życia, czyli: „prawdziwej miłości”, miłości silniejszej niż geny. Nic nie dzieje się bez przyczyny, wszystko ma swój sens i cel w życiu…trzeba umieć dostrzegać pozytywy, nawet kiedy jest ciężko i trudno.

M.: Czy rodzice mówili Ci jak wyglądały Twoje losy, zanim trafiłaś do nich i stworzyliście rodzinę? Czy rozmawiali z Tobą swobodnie o adopcji? Byłaś świadoma swojej historii w dzieciństwie czy dowiedziałaś się po jakimś czasie?

J.: Rodzice od samego początku mówili mi o zaistniałej sytuacji, o tym że jestem adoptowana. Poza tym w wieku czterech lat dużo zapamiętałam z okresu, kiedy byłam w domu dziecka…pamiętałam o mojej lalce z którą spałam, o koleżance Łucji, która miała łóżko obok mnie. Często wspominałam opiekunkę Panią Pelę, z którą w późniejszym czasie nawiązałam kontakt. Przede wszystkim bardzo dobrze zapamiętałam moment przyjazdu moich rodziców do domu dziecka, żeby mnie odwiedzić. Mama często wspomina po dziś dzień, czas w którym pojawiłam się ja z moim bratem.
Od znajomych często słyszę pytanie: kiedy mówić dziecku o adopcji? Moja rada to jak najwcześniej…nie ma sensu z tym zwlekać i czekać, aż dziecko podrośnie…Mam koleżankę, która o swojej adopcji dowiedziała się w wieku osiemnastu lat i to był jej najgorszy dzień w życiu, bo poczuła się oszukana i zdradzona. Minęło sporo czasu zanim pogodziła się z tym emocjonalnie i psychicznie…
Musimy pamiętać o tym, że każde dziecko inaczej reaguje emocjonalnie, szczególnie kiedy ma za sobą jakieś traumatyczne doświadczenia…jako psycholog uważam że szczerość jest podstawą zdrowych relacji, czy to rodzinnych, czy partnerskich.
Szczerzy powinniśmy być przede wszystkim w momencie, kiedy chcemy powiedzieć najgorszą rzecz.

M.: Gdybyś mogła wybierać – chciałabyś, żeby rodzice nie mówili Ci prawdy? Gdyby tak oszczędzili Ci bólu i stworzyli z miłości historię o tym, że zawsze byliście razem?

J.: Nie wyobrażam sobie stworzenia historii miłości opartej na kłamstwie…wtedy nie można byłoby tego nazwać miłością, tylko zwykłym kłamstwem i egoistycznym podejściem.

M.: Czy czułaś się kiedyś gorsza tylko dlatego, że Twoja historia jest inna niż większości rówieśników? Czy otoczenie w jakiś sposób stygmatyzowało Cię z tego powodu?

J.: Problemy zaczęły się w szkole podstawowej…uczęszczałam do szkoły na wsi, gdzie jak wiadomo wszyscy o wszystkim wiedzą, nawet lepiej niż my sami. To tak zwane uroki wsi i ludzi, których bardziej interesuje życie sąsiadów niż własne…doświadczyłam tego nie jeden raz. Czasami wspominam pewne historie i pękam ze śmiechu, czego to ludzie nie potrafią wymyśleć.
Pamiętam sytuację ze szkoły, jak koleżanki nie chciały ze mną rozmawiać i pytały mnie jakie to uczucie być „inną i adoptowaną’’ i wyśmiewały mnie. Wracałam do domu z płaczem, ale moja mądra mama wytłumaczyła mi, że to nie jest wina moich koleżanek, tylko ich rodziców…bo niby skąd siedmiolatka miała by wiedzieć, że jestem adoptowana?
Wiadomo, że w domu rozmawia się na różne tematy, a dzieci czasami tego słuchają …i stąd biorą się niemiłe sytuacje, kiedy nie wytłumaczy się dziecku co jest złe, a co dobre.
Miałam w klasie koleżankę, która przyniosła pewnego dnia stare zdjęcie jakiegoś mężczyzny. Powiedziała mi, że to jej brat i że ona też jest adoptowana. Po czasie wyszło, że to był jej tata w młodości. Jak wspominam tę sytuację, to robi mi się na sercu ciepło…bo mimo iż była dzieckiem, na swój sposób mi współczuła.
Były też problemy z dziećmi z wioski, z której pochodzę… jakieś głupie dogadywania i wyśmiewanie mnie i mojego brata. Ale po rozmowie z mamą i za sprawą jej wsparcia emocjonalnego, a przede wszystkim psychicznego, nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. 

M.: Szłaś przez życie z rodzicami adopcyjnymi. Czy na co dzień czułaś, że to nie są Twoi prawdziwi rodzice? Chodzi mi o Twój stosunek do nich. Byli Twoimi rodzicami tak po prostu, czułaś to w pełni czy może miałaś w sobie jakiś podział – na tych, dzięki którym jesteś na świecie i tych, którzy się Tobą opiekują?

J.: Mama opowiadała mi sytuację z pierwszego dnia pobytu już w domu. W odwiedziny przyjechała jej kuzynka, żeby poznać mnie i mojego brata.
Uklęknęła przede mną i wskazując na moją mamę zapytała:
– Powiedz mi co to jest za Pani ? A ja na to:
– To nie jest żadna Pani, to jest moja mamusia. Komentarz jest tutaj zbędny…
Rodzice kiedy przyjechali do domu dziecka, żeby mnie odwiedzić i pierwszy raz zobaczyć,  zostali poinformowani o tym, że nie mówię. Pierwsze słowo, które padło z moich ust to: konik. Byliśmy już w drodze z domu dziecka do rodzinnego domu całą czwórką i zobaczyłam białego konia, który pasł się na łące. Myślę, że był to znak … biały koń oznacza słońce, dzień, jasność, cierpliwość, opanowanie. Od tego dnia, zaczęło się moje najszczęśliwsze życie, którego nie zamieniła bym na żadne inne.
Strasznie też przeżywałam wyjazdy taty za granicę do pracy, nosiłam w ręku jego zdjęcie całowałam je i płakałam. A kiedy wracał, nie odstępowałam go na krok. Zdjęcie mam do dzisiaj i jest strasznie pogniecione. Nigdy nie czułam tego, że nie są moimi rodzicami, dla mnie byli nimi od początku. Matce biologicznej dziękuję za to, że dała mi życie. Dzięki niej żyję i jestem.
Dzięki niej inni ludzie pokazali mi, czym jest prawdziwa miłość  i szczęście.

M.: Czy jako dziecko wymagałaś szczególnej uwagi i opieki rodziców? Czy często chorowałaś? Może miałaś jakieś trudności w obszarze emocji?

Z tego co pamiętam, to przez pierwszy rok pobytu w domu, pociłam się strasznie w nocy. To na tle nerwowym i emocjonalnym, z czasem to minęło. Pamiętam również sytuację, która miała miejsce w pierwszy dzień jak poszłam do przedszkola…wtedy z niego uciekłam i gdyby nie moja niedaleka sąsiadka, to wsiadłabym w jakiś autobus i pojechała nie wiadomo gdzie.
Panie z przedszkola o niczym nie wiedziały…dziś była by zapewne z tego wielka afera, że dziecko samo opuściło przedszkole. Ucieczka była na pewno odruchem emocjonalnym związanym z pobytem w domu dziecka… zobaczyłam bawiące się dzieci w sali zabaw i pomyślałam, że znowu tam wróciłam. Mama wytłumaczyła mi, że będzie mnie odbierała codziennie z przedszkola. Teraz kiedy to wspominamy z mamą, to mówi, że to jej wina, bo nie pomyślała, że mogłabym w taki emocjonalny sposób zareagować…
Problemy emocjonalne mam do dnia dzisiejszego…na przykład, kiedy ktoś bez słowa odchodzi, doszukuję się wtedy winy w sobie, rozmyślam co zrobiłam źle, że dana osoba odeszła, że przestała się odzywać itp. Pracuję nad tym, żeby nie podchodzić, aż tak emocjonalnie do takich sytuacji, ale czasami to jest silniejsze ode mnie…mija trochę czasu i wtedy już jest lepiej.
Dzieciństwo i związane z nimi emocje, mają ogromne odzwierciedlenie w życiu dorosłym…strasznie przeżyłam śmierć mojego taty, który odszedł w czerwcu ubiegłego roku…wraz z nim odeszła cząstka mnie…ale dla człowieka wierzącego śmierć, to nie koniec, a przejście, gdy przyjdzie moja kolej wiem, że tata będzie na mnie czekał.

M.: To pewnie trudny temat dla Ciebie, więc nie musisz odpowiadać, jeśli to dla Ciebie dyskomfortowe – czy zdecydowałaś się na poszukiwanie rodziców biologicznych? Jak reagowali rodzice adopcyjni? Wspierali Cię w tej decyzji? Jak układają się Twoje relacje z biologiczną rodziną?

J.: Nie mam żadnego kontaktu z rodzicami i rodziną biologiczną, ponieważ nie czuję w sobie takiej potrzeby…czasami grzebanie w przeszłości niszczy teraźniejszość. Z rodzicami rozmawialiśmy na temat biologicznych rodziców i to mi w zupełności wystarcza. Oczywiście każdy robi, jak uważa i to jest decyzja indywidualna…jedni chcą poznać biologiczną rodzinę, a inni nie.

M.: W jaki sposób sama postrzegasz adopcję? Czy ona w ogóle ma sens? Czy zupełnie obcych sobie ludzi może połączyć prawdziwa więź i miłość?

J.: Adopcja jest dla mnie czymś wyjątkowym…czymś czego nie jestem w stanie określić słowami. Mój brat i ja urośliśmy w sercu rodziców…walczyli o nas do samego końca i pokazali Nam, co to prawdziwa i bezinteresowna miłość. Coś czego nie można kupić, za żadne skarby świata…wiem też, że prawdziwa miłość potrafi zdziałać cuda… W przypadku mojego brata i mnie ten cud też się stał, dzięki wspaniałej parze małżeńskiej, która pokazała nam ten cud, jakim jest prawdziwa miłość, miłość  silniejsza niż geny i  czego chcieć więcej od życia? Tam gdzie jest prawdziwa miłość, wszystko ma sens!

M.: Jak myślisz – adopcja jest pozytywnie odbierana przez społeczeństwo? Nadal jest tematem tabu czy temat został oswojony i nie budzi już skrajnych emocji wśród ludzi?

J.: Adopcja wiążę się na pewno ze strachem, to główny czynnik, który powoduje skrajne emocje…dlaczego? Ponieważ słyszę często pytania typu „A skąd mam wiedzieć, jakie to geny?”, „Często są to dzieci z patologicznych rodzin, boję się, że wychowam jakiegoś alkoholika albo narkomana?”, „A jak sobie nie damy rady z wychowaniem takiego dziecka?” – takich pytań jest mnóstwo . Po pierwsze, nie można z góry określać, że będzie źle. Po drugie nie można oceniać dzieci przez pryzmat tego, co przeżyły lub tego, z jakich rodzin biologicznych pochodzą…Przecież żadne dziecko nie jest winne tego, że miały „nieudolnych” biologicznych rodziców i finał tego, to właśnie dom dziecka . Dzięki rodzicom nauczyłam się nie bać…strach paraliżuje przed podjęciem decyzji, a przecież od naszych wyborów i decyzji zależy jak będzie wyglądało nasze życie.

M.: Czy teraz, jako dorosła kobieta chciałabyś dać jakieś rady rodzicom adopcyjnym w oparciu o swoje doświadczenia i obserwacje? Podziel się proszę swoimi odczuciami lub wskazówkami.

J.: Rodzicom adopcyjnym chciałam bym powiedzieć, żeby się nie bali…żeby przede wszystkim uwierzyli w siebie i w swoje możliwości. I w dzieci, którym ofiarowali swoją miłość…nikt nie powiedział, że będzie łatwo…nie zawsze jest tak, jakbyśmy chcieli, żeby było. Pewne sytuacje wiążą się z trudnymi decyzjami…możemy wtedy uciec, albo zostać i walczyć. Łatwo się kocha, kiedy jest dobrze i pięknie, ale miłość polega na tym, żeby być przy sobie, kiedy jest najgorzej. Dzieci z domu dziecka, mają różne doświadczenia i traumy ale przez szczere rozmowy i wsparcie, nawet wtedy kiedy jest źle, dajemy im poczucie bezpieczeństwa…i budujemy w nich wartość. Rodzice nauczyli mnie jednego: „dobre myśli, dobre słowo, dobre uczynki”. Kiedyś odbywałam staż w placówce dla trudnej młodzieży…. tam zrozumiałam jakie mam ogromne szczęście, że mam tak cudownych i wspaniałych rodziców. To było smutne doświadczenie…zobaczyć młodych ludzi, zagubionych, pozbawionych miłości i wychowania przez rodziców. Przeraża mnie fakt, że żyjemy w czasach, gdzie każdy goni za pieniędzmi, sukcesem i jakimiś głupotami typu Facebook czy Instagram, gdzie większość ludzi pokazuje swoje życie w zupełnie innym świetle, niż w rzeczywistości. Przerażające jest również to, że dużo kobiet naśladuje inne kobiety i za wszelką cenę próbują nimi być…poprawiają urodę sztucznością, bo jakaś tam celebrytka tak robi, to ja też muszę.
Trochę z innej beczki, mam taką znajomą, która wychowuje samotnie dziecko. Jest matką , która powinna być wzorem i autorytetem dla swojego dziecka, ale niestety tak nie jest. Dziewczyna lubi imprezy z koleżankami i często zmienia partnerów, co jest dla mnie nie zrozumiałe…Później mnie pyta co ona źle robi, bo nie może sobie znaleźć odpowiedniego partnera i narzeka na swoje życie, chociaż przed innymi udaje, że jest szczęśliwa i spełniona. Współczuję takim kobietom, które okłamują same siebie. Niestety nigdy nie będą w pełni szczęśliwe. Wiadome jest, że jeżeli mama nie jest szczęśliwa, to dziecko tym bardziej nie będzie szczęśliwe. Widziałam i byłam świadkiem nie jednej sytuacji, gdzie rodzice zamiast kochać swoje dzieci fundują im zakłamaną miłość i życie. Uważam również, iż niektórzy nie powinni mieć dzieci. To przykre, ale takie są fakty współczesnego świata.

M.: Kiedy myślisz – dom, co widzisz i czujesz?

J.: Dom to poczucie bezpieczeństwa, spokój i ogrom miłości…marzę żeby w przyszłości ofiarować właśnie taki dom moim dzieciom.

M.: Kiedy myślisz – adopcja, jakie są Twoje pierwsze skojarzenia?

J.: Adopcja, to inaczej przysposobienie, usynowienie…choć szczerze, to nie lubię tych określeń. Zdecydowanie wolę określenie, że urosłam nie w brzuchu ale w sercu.

M.: Czego można Ci życzyć? Czy masz jakieś ważne marzenia i plany do zrealizowania?

J.: Moje największe marzenie to, żeby wszystkie dzieci na całym świecie były kochane i szczęśliwe. Można mi życzyć wytrwałości i cierpliwości, żebym była w stanie zrealizować moje niedalekie plany i cele, a jest ich trochę. No i oczywiście zdrowia, bez niego nic się nie uda. A ja wszystkim innym życzę miłości, kochajmy się, a wtedy wszystko nabierze większego sensu i znaczenia.

Zdradzę Wam, że Justyna planuje wydanie książki dotyczącej adopcji. Trzymajcie za nią mocno kciuki!

 

Poprzedni wpis

Zobacz także

Brak komentarzy

Skomentuj