Adopcja, Adopcyjne historie, Codzienność, Dzieci, Macierzyństwo, Małe radości, Miłość, Rodzicielstwo, Rodzina, Rodzina adopcyjna

Ona, one i oni

Ona
W tym miesiącu, 9 września obchodzony był światowy dzień świadomości FASD – płodowego zespołu alkoholowego. Nie zapomniałam o nim, ani nie przegapiłam. Im więcej widziałam informacji, tym bardziej się uśmiechałam, że przestaje powoli być to temat tabu. Nie zadręczam się już tym tematem, wizjami przyszłości, lękami i obawami. Przestałam. Staram się uwolnić dzieci od tej etykiety, dać im być sobą, funkcjonować tak jak potrafią. Choć czasem nie jest łatwo, nie oszukujmy się.
Wczoraj myślałam o Niej. O tym, czy wszystko u Niej w porządku. Czy to, że opiekuję się dziećmi, które urodziła w czymś jej pomogło. Czy kiedy szła przez życie bez nich, był obok ktoś, kto ją przytulił. Czy potrzebowała tego przytulenia.
W codzienności nie zastanawiam się nad tym. Jestem mamą dwóch synów. Jest jednak taka niewidzialna nić, która łączy mnie z ich mamą biologiczną. W jakiś sposób nasze życiorysy zostały ze sobą związane, nawet jeśli nigdy się nie poznamy. Tak czuję, że w podświadomości Piratów zawsze będzie taka przestrzeń, której nie będę mogła zapełnić. To jest taka część nich, którą wyczuwam, ale jest dla mnie niedostępna. Akceptuję ten stan i chciałabym, żeby kiedyś mieli możliwość dopełnienia swojej tożsamości oraz historii.
Mam dla kobiety, która powołała ich na świat ciepłe myśli. Mam też głęboki smutek. Nie mam ocen, pouczeń, ani rad. Chciałabym, żeby była zdrowa. I żeby gdzieś była, znalazła swoją drogę.
W końcu co dwie mamy, to nie jedna. Nigdy nie wiemy jak potoczy się życie. Może kiedyś chłopcy tylko na tym zyskają.
One i ja
Kobiety mojego życia. Choć brzmi zabawnie, to tak właśnie jest. Te bliskie i dalekie, krewne i niespokrewnione. Te, które przez lata były ważne i te, które przelotnie się pojawiają. Te dobre i złe. Zostawiające po sobie pustkę i te, które nie zostają na długo w pamięci.
Od tylu już lat moje mikroświaty są męskie. Kiedyś ojciec i brat, teraz Ł. i chłopcy.
Kiedy pojawił się temat macierzyństwa miałam wręcz pewność, że jeśli dziecko, to tylko syn. Żadne dziewczyny nie wchodzą w grę. Nie i koniec. Tylko wtedy jeszcze w pełni nie rozumiałam dlaczego.
Przez długi czas nie doceniałam roli kobiet w moim życiorysie i miałam z nimi nieustannie ambiwalentne relacje. Uczę się ich i pewnie będę uczyć do końca życia. Przybliżam się i oddalam, rozumiem i totalnie rozmijam. Zyskałam jednak pewność, że są dla mnie ważne. Cenne.
Bywają szczęśliwe, zmęczone, grzeczne i wkurzone. Gadatliwe, milczące, wredne i miłe, bezmyślne i mądre.
Uczą mnie, że można na nich polegać, albo niesamowicie się zawieść.
Podobnie mają ze mną – potrafię zawalić na całej linii, ale umiem też być i wspierać.
Najważniejsze jest jednak to, że są. I dobrze mi z tym. Nie uciekam już przed relacjami z nimi z obawy, że stracę. Bo czasem tracę, ale każde doświadczenie mnie czegoś uczy.
Moje prababcie, babcie i mama wpływały na to, jaka jestem. Kształtowały mnie tak, jak umiały. Świadomie lub zupełnie od nich niezależnie – biologicznie.
Wiele kobiet, które spotkałam na swojej drodze dało mi coś od siebie. Te ważne – impuls do zrozumienia, że za szybko biegnę. Świadomość, że jestem wystarczająca. Poczucie, że warto zaglądać do środka siebie. Przekonanie, że jeśli chcemy dużo z siebie dawać, musimy być napełnieni swoją własną mocą. Kiedy czerpiemy z siebie, możemy poradzić sobie z każdą sytuacją. Bliscy nas dopełniają, wspierają, kochają. Nie przeżyją jednak za nas życia. Tak jak my tracimy, żyjąc ich życiem, nie swoim.
Mam to szczęście, że spotykam kobiety, które pomagają mi wzrastać. Zdarza się, że dopiero po czasie uświadamiam sobie jak dużo wniosły w mój los. Te, które zabrały mi tlen, też były istotne – bo dały nieocenioną lekcję życia.
Przy pomocy kobiety zyskałam wolność od traumy alkoholowego domu rodzinnego, samozrozumienie i porzuciłam noszony na plecach balast trosk. Przy pomocy innej nauczyłam się szukać spokoju i ukojenia w samej sobie. Spotkanie jednej i drugiej traktuję jako wielki dar.
Baby – wszystkie razem i każda z osobna, macie wielką moc!
Oni i ja
Ludzkie losy wspaniale się ze sobą splatają. Łączymy się nitkami wspólnych spraw, historii, przyciągamy do siebie podobieństwami, ale też odrębnościami. W tej mnogości ludzkich bytów, losy moich synów i moje się połączyły. To niesamowite. Oni i ja, ja i oni. Racjonalista powie, że to przecież zwykły czynnik ludzki zadziałał i procedury urzędowe. No ale dla mnie to jednak ciągle magia. Bo ciężko było przeokrutnie i wydawaliśmy się skrajnie niedobrani. A jednak mamy siebie i splatamy te swoje losy – ucząc od siebie różnorodności. To właśnie oni zrobili mi życiowy stop. Otworzyli puszkę Pandory. Sprawili, że musiałam pójść dalej, że nie mogłam się w tym bagnie utopić. Nauczyli, że światu i ludziom warto się przyglądać. Można w nich wiele dobrego zobaczyć, jeśli tylko się chce.
Każdy z nas ma swoją historię, a w niej góry, doliny, kamienie i znój. Nie składamy się tylko z chwil szczęścia, dobrych dni i wspaniałych przygód.
Chłopcy niosą za sobą ciężar swojej biologicznej rodziny, tak samo jak ja swojej. Ale mamy jeszcze tu i teraz, mamy swój świat, który każdego dnia tworzymy. Z tych chwil będziemy unosić się wysoko, ale też dźwigać kamienie, a Piraci będą mieli przeze mnie swoje puszki Pandory. Życie kołem się toczy.
Może chociaż uda mi się ich nauczyć, że każdy ciężar można z siebie zdjąć i wcale nie trzeba go latami nosić. Że można nie chować urazy, nie karmić się zadrami i puszczać to, co nas przygniata.
Trzymajcie kciuki, żeby mi się udało.
Poprzedni wpis

Zobacz także

2 komentarze

  • Odpowiedź Ewa 8 października 2021 · 3:06 pm

    Uwielbiam czytać Twoje myśli.
    Czekałam na ten post.

    Inspirujesz .

    • Odpowiedź M. 10 października 2021 · 9:25 pm

      Bardzo dziękuję i ogromnie mnie cieszy, że tu zaglądasz

    Skomentuj