Pogoda na niepogodę

Moment, w którym stajecie się rodziną mieszkającą we wspólnym domu, poprzedza całkiem sporo spotkań. Poznajecie się i uczycie siebie. Podczas tych wizyt rozpoznajecie pierwsze cechy temperamentu Waszych dzieci, obserwujecie ich sposoby reagowania i usposobienie. Widzicie, jaki mają stosunek do Was. Jednak to cały czas jest namiastka faktycznego kontaktu.
Przychodzi dzień, w którym wchodzicie razem do Waszego domu i zamykają się za Wami drzwi. Wtedy pojawia się wszystko to, co najpiękniejsze, ale również, a może przede wszystkim to, co najtrudniejsze…

U nas to, co trudne ujawniło się bardzo szybko. Choć na pewno nie jest to regułą. Wiele rodzin pewnie nie będzie miało żadnych problemów w podobnej sytuacji. Chciałabym jednak, żebyście wiedzieli, że takie historie jak nasza, są jak najbardziej realne. I jeśli planujecie adopcję lub chociaż ją rozważacie, mogą stać się Waszym udziałem i Waszym przeżyciem. Na etapie wstępnym kontaktów z dziećmi oraz w czasie zapoznawania się z dokumentacją, absolutnie nikt nie wspominał, że możemy mieć aż takie trudności. Byliśmy pewni, że jesteśmy przygotowani na różne scenariusze, ale okazało się, że chyba nie do końca. Głowa niby wie, ma przyswojone niezbędne informacje, wbite przeróżne teorie. Tylko kiedy w grę wchodzą emocje, okazuje się, że człowiek działa spontanicznie i myśli sercem, a nie racjonalizuje.

Już w domu, u każdego z chłopców pojawiły się specyficzne problemy. Każdy z nich miał swój nieco odmienny „pakiet trudności”. Opiszę je ogólnie, żebyście mieli świadomość, z czym być może przyjdzie Wam się zmierzyć.

W trakcie procedury adopcyjnej zapoznawałam się ze specyfiką choroby sierocej i niestety stała się ona naszym doświadczeniem. W wersji pełnoobjawowej. Kiwanie się (kołysanie), które jest pierwszym skojarzeniem, to był najmniejszy problem. Ssanie kciuka do krwi, rozdrapywanie ran na nim, wkładanie do buzi całych rączek, brak kontaktu wzrokowego, sufitowanie (błądzenie wzrokiem po ścianach), chłód emocjonalny, nieustanna potrzeba kompulsywnego ruchu – kiwanie, tuptanie, machanie nogą, uderzanie we wszystko ręką, długotrwałe rzucanie się w łóżeczku, ssanie wszystkiego, co w zasięgu rąk i buzi, zgrzytanie ząbkami, mlaskanie.
Autoagresja – to bardzo złożony problem. U nas przede wszystkim w formie uderzania głową, ale również gryzienia przedramienia, wyrywania włosów, uderzania się po twarzy. To jednak autoagresja skierowana na własną głowę, stała się naszym koszmarem przez wiele miesięcy. Dziecko potrafi uderzać główką o wszystko, włącznie z podłogą, oknem, ścianą i meblami. Robi to seriami i bez wyraźnej przyczyny. Każda sytuacja, w której maleńki człowiek odczuwa dyskomfort (przykładowo rodzic nie pozwala na coś), powoduje nasilenie serii uderzeń. Dzieci podobno kontrolują próg bólu i uderzają się tak, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Z pewnością tak jest, jednak u nas wielokrotnie zdarzały się spore siniaki czy mocne zaczerwienienia na czole. Wydawałoby się, że można jakoś temu zapobiec. Są przecież różne sposoby dotarcia do dziecka z przekazem. U nas nie pomagało nic, a nic. Nie byliśmy w stanie przerwać tych ataków, mogliśmy tylko asekurować dzieci, aby nie zrobiły sobie krzywdy i kontrolować sytuację pod kątem bezpieczeństwa. Nic więcej. I to było straszne. Żadna forma uspokojenia, przytulenia, ukojenia, odciągnięcia, zajęcia czymś innym – nie dawała rezultatów.
Poza autoagresją, agresja była również skierowana na zewnątrz – wobec nas, rodzeństwa, czy psa. Tu mogliśmy reagować stanowczo – stawiać granice i nie dopuszczać do jej eskalacji. Nie oznacza to jednak, że udało nam się ją pokonać.
Chorobliwe objadanie się lub wstręt do jedzenia – w tej kwestii mieliśmy mieszankę wybuchową. Są ludzie, którzy zajadają stres i jedzenie ma być lekiem na całe zło. Są też tacy, którzy w stresie, nie potrafią przełknąć nawet kęsa. U dzieci bywa podobnie. Kompulsywne objadanie się może być wynikiem rekompensowania sobie braku uczuć – najem się, będzie mi dobrze i ciepło. Jedzenie jawi się wtedy jako główna przyjemność w życiu. Dziecko z takim problemem, nie potrafi się nasycić. Domaga się jedzenia nieustannie, po zakończonym posiłku potrafi długo i głośno płakać wymuszając kolejną porcję. Gdyby dziecko serwowało sobie posiłki, odstępy między nimi wynosiłyby minutę. Otoczenie nam się dziwiło – o co chodzi, przecież dobrze, że dziecko ma apetyt, niech je, to lepiej, niż mieć niejadka. Wszystko fajnie, tylko taki stan, nie jest zdrowy, ani prawidłowy. Do dzisiaj ponosimy konsekwencje tego czasu, próbując unormować wagę syna.
Z drugiej strony, mieliśmy problem wstrętu do jedzenia. To nie był kłopot w postaci dziecka w typie niejadka. Wstręt do jedzenia sprawiał, że niemożliwe było zjedzenie żadnego pełnowartościowego posiłku. Każda próba przyswojenia czegoś, co nie było słodyczami lub chrupkami, kończyła się odruchem wymiotnym. Wyglądało to, jak blokada na poziomie paraliżującego stresu, bo nie było podłoża medycznego tej przypadłości.
Histerie i ciągły płacz – dzieci czasem płaczą, jasne. U nas to był nieustanny płacz. Długie, pełne agresji histerie zdarzały się kilkanaście razy dziennie. Destabilizowały nasze życie i wprawiały w rozpacz wszystkich domowników. Punktem zapalnym mogło stać się wszystko – nieodgadnięcie za pierwszym razem, na co do jedzenia ma ochotę dziecko, kiedy krzyczało przy lodówce (chłopcy jeszcze wtedy prawie nic nie mówili, mieliśmy własny kod porozumiewania się, jak każdy na linii dziecko-rodzic), wręczenie dziecku do ręki autka, które chciało, ale właśnie się rozmyśliło. Zwrócenie uwagi, że nie wolno wspinać się na regał z książkami, który może się zawalić itd. Powody były absurdalne, nie sposób ich nawet obrazowo przytoczyć. Dzieciom zdarza się reagować przesadnie, jasne. Zdarza się mieć humory i zmieniać co chwilę zdanie, jasne. Zdarza się płakać bez powodu, jasne. Jednak u nas, to nie był zwykły płacz. To były ciągłe tyrrady malutkich ludzi, wewnątrz których rozgrywał się dramat. Histerie i to, co podczas nich się działo, jeszcze nie raz przyśnią mi się jako koszmar.
Krzyki – dom jako pole bitwy. Chłopcy potrafili osiągać każdy cel tylko przez walkę. Krzykiem wymuszali wszystko i za pomocą krzyku się porozumiewali. Jednak, najtrudniejszy krzyk, to był krzyk z ich wnętrza. Był inny niż płacz, najczęściej pojawiał się w nocy i w dzień po drzemce lub podczas niej. Krzyk jakby z samej duszy, powodujący usztywnienie wszystkich mięśni ciała. Krzyk, którego w żaden sposób nie umieliśmy zatrzymać… Wypełniał nasz dom, trafiał prosto w serce. Widząc jak cierpią, chcieliśmy im pomóc na tysiąc sposobów…ale nie dało się. Wszystko co dotychczas przeżyli, musiało się wydostać na zewnątrz…

Czuliśmy się bezradni i przygnieceni.
Wiecie, wydawało mi się, że jesteśmy na to wszystko gotowi. Czułam się w pełni przygotowana. Miałam sporo wiedzy o tego typu problemach, z uwagi na skończony kierunek studiów. Warsztaty w ośrodku adopcyjnym były świetne prowadzone i dały nam naprawdę kawał teorii i praktyki. Przeczytałam sporo książek na temat adopcji. Zanim chłopcy do nas trafili, byłam niemal pewna, że nic mnie nie zaskoczy, że świetnie sobie poradzę.
Rzeczywistość mną potrząsnęła. Okazało się, że w realnej sytuacji błądzę po omacku. Serce mi pękało, nerwy wysiadały, czułam się załamana. Nie wiedziałam, co robić. Działała intuicja, ale dzień za dniem był pełen dramatów i bezsilności.
Mieliśmy w domu dwa malutkie kolczaste jeże. I choć z książki Katarzyny Kotowskiej, wiedzieliśmy, że musi minąć sporo czasu, żeby kolce powoli zaczęły jeden po drugim odpadać, to chyba nie byliśmy sobie w stanie wyobrazić, jak te kolce będą kłuły nas i co będziemy wtedy czuć.

Jest popołudnie, jedno z wielu, w których czarne chmury przysłaniają całe słońce. Obok mnie, na podłodze leży syn. Malutki. Bezbronny. Synek. Niby ze mną jest, ale tak naprawdę wcale go nie ma. Krzyczy tak głośno, jak tylko się da. Tarza się po podłodze. Zalewa się łzami. Wzywa pomocy. Woła ratunku. Uderza głową o podłogę. Nie mogę go nawet dotknąć. Każdy dotyk, każda próba ukojenia jego bólu serca, powoduje jeszcze większe cierpienie. Nie pozwala mi się do siebie zbliżyć. Nie pozwala wziąć się na ręce czy kolana. Nie chce, żebym go przytulała. Nie chce, żebym do niego mówiła. Kopie w otaczające go meble czy ściany. Kiedy próbuję zbliżyć się do niego choć o centymetr, kopniaki są wymierzane we mnie raz po raz. W minutach największej furii otrzymuję odepchnięcia, gryzienie czy drapanie. Siedzę. Daję mu przestrzeń. W chwilach, kiedy wydaje się, że się uspokaja, staram się zapewniać go, że jest bezpieczny, że wszystko będzie dobrze. Że jestem przy nim i będę choćby świat się kończył.
Wewnątrz mnie, wszystko krzyczy tak samo głośno. Moje ciało drży jak wtedy, kiedy sama byłam mała i spotykały mnie życiowe traumy.
Czekam. Mija niemalże godzina. Syn zaczyna do mnie wracać. Wykończony, psychicznie wypompowany. Razem oddychamy z ulgą, ale wiemy, że tego dnia z pewnością jeszcze powtórzymy podobny scenariusz…

Uwierzcie mi, że długo można o tym wszystkim pisać. Jednak nie o to chodzi. Najważniejsze, żeby spojrzeć na te wszystkie problemy z obu stron. Tak samo chłopcy, jak i my znaleźliśmy się w zupełnie nowej sytuacji życiowej. Każdy z nas inaczej przeżywał ten pierwszy wspólny czas. Każdy z nas borykał się wtedy z innymi problemami. Każdy był tak samo ważny. Każdy miał takie samo prawo, do bycia szczęśliwym.

Kilka dni temu, spory kawał czasu od najtrudniejszych dni, nasz starszy syn powiedział przed snem, że był chłopcem, który nie miał domu. I nie chciał iść z tatą i mamą. Był zły.
Na różne sposoby analizowaliśmy sobie tą jego wypowiedź, odnosiliśmy ją do przeżyć T. Myślę jednak, iż pokazuje ona również to, że chłopcy – pomimo wstępnie tworzącej się więzi między nami, nie mogli chcieć być z nami. Przecież stale w świadomości lub podświadomości mieli innych opiekunów. Może na kogoś czekali? Może w głębi serca tęsknili? Dzieci mogą odczuwać tęsknotę za istniejącą faktycznie osobą, ale też za rodzicem, którego być może nigdy nie mieli? Dzieci, które od początku były bez rodziców, mogą negować potrzebę ich istnienia. Mogą cierpieć z powodu ich braku tak mocno, że nie dopuszczają nikogo do siebie. Dzieci, u których rośnie świadomość świata, mogą mieć „pretensje” do rodziców adopcyjnych dlaczego pojawili się dopiero teraz? Dlaczego wcześniej nikt nie chciał ich kochać tak mocno? Dlaczego wcześniej byli sami? Maluszki, które z kolei miały kontakt z rodzicami biologicznymi, mogą być do nich niesamowicie przywiązane, nawet jeśli doświadczały z ich strony skrajnych zachowań tj. przemoc fizyczna. Możliwe też, że po prostu chcieli wrócić do tego, co znali. Bo znajome otoczenie, dawało im choć namiastkę poczucia bezpieczeństwa.
Paradoksalnie czas, w którym zamieszkaliśmy pod jednym dachem, musiał być dla nich niezwykle trudny. Pomyślcie o tym, w kontekście siebie. Ktoś nagle rzuca Was w zupełnie nowe otoczenie. Pokazuje, gdzie będziecie mieszkać. Dostajecie nowe łóżko, łazienkę, kubek, ubranie itd. Znacie tylko dwie osoby wokół siebie, ale też nie jakoś wyjątkowo dobrze. Jak się czujecie? Na jak wielu płaszczyznach odczujecie dyskomfort, lęk czy niezadowolenie?

Pogoda na niepogodę, to banał. Po burzy w końcu zawsze wyjdzie słońce. Wypatrujcie go. Po ulewnym deszczu, urośnie Wam piękna, bujna, zielona trawa, na której będziecie siedzieć z bosymi nogami. Podczas niepogody szukajcie słońca w sobie. Skoro i tak nie macie wpływu na prognozę, zróbcie coś, co od Was zależy. Po długim i trudnym dniu, uśmiechnijcie się choć na chwilę do siebie. Do męża, do żony. Albo chociaż do lustra. Jeśli buzuje w Was złość – wyrzućcie ją. Nie chowajcie jej w sobie, nie przyda się Wam. Grunt, to wytrwać, choć czasem marzy się o ucieczce. Najważniejsze, żeby ta najbliższa lub ten najbliższy w porę Was zatrzymali. I odpoczywajcie. Musicie odpoczywać, bo inaczej polegniecie.
Bo przecież każdy marzy o szczęśliwym zakończeniu – dlaczego nie miałoby się ono przytrafić i Wam 🙂

Published by

2 thoughts on “Pogoda na niepogodę

  1. Hej 🙂
    cudowny blog (bo ladny) i cudownie mi sie czytało (bo czuc, ze takie twoje, nie wymyslone, nie skrojone na potrzeby internetow).
    Dziękuje z tej strony tęczy po której nie zadzwonił telefon. Jeszcze 🙂

    pisz, pisz, pisz 🙂

    1. Dziękuję 🙂 I trzymam kciuki, żeby telefon jak najszybciej zadzwonił. Zresztą, na pewno zadzwoni we właściwym momencie 🙂 Pozdrawiam, miłego dnia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *