Jestem jedną z dziesięciu

Marzec, to miesiąc, w którym intensywnie myślimy o wiośnie. Czas marzeń o słońcu i spacerach wśród budzącej się do życia przyrody. Od jakiegoś czasu marzec, to dla mnie również miesiąc endometriozy. Wraz z nim, na całym świecie ruszają kampanie społeczne i prozdrowotne poruszające problematykę tej choroby.

Jedną z nich, jest właśnie kampania „I am 1 in 10”. Jestem jedną z dziesięciu kobiet, które chorują na endometriozę. Zobaczcie sami, jak duża jest skala tej przypadłości. Oczywiście choroba może mieć różny przebieg, odmienne stadia zaawansowania, inną podatność na leczenie oraz zupełnie różne nasilenie objawów. Nie zmienia to jednak faktu, że dotyka jedną na dziesięć kobiet. Szacuje się, że na świecie jest 176 milionów kobiet chorych na endometriozę. Nadal jest to choroba, o której zdecydowanie za mało się mówi i pisze. Między innymi dlatego dołączyłam do międzynarodowej kampanii #1in10. Więcej o niej możecie przeczytać na stronie internetowej:
https://theendo.co/
https://web.facebook.com/theendo.co/?fref=mentions&_rdc=1&_rdr

Endometrioza, czyli wędrująca śluzówka lub gruczolistość zewnętrzna, jest to innymi słowy rozrost błony śluzowej macicy poza jamą macicy: najczęściej w jamie otrzewnej, jajnikach i jajowodach. Może wędrować również do jelit, płuc, a w skrajnych przypadkach nawet do mózgu.
Endometrioza, to zjawisko uciążliwe, długotrwałe i tajemnicze. Mimo wieloletnich badań i szybkiego postępu nauki, etiopatogeneza schorzenia pozostaje nadal niewyjaśniona.

Moim celem jest rozpowszechnianie informacji o chorobie, ponieważ wcześnie wykryta, może być skutecznie leczona. Ponadto, niezwykle ważny jest dostęp do odpowiednich metod leczenia, ale także pomocy psychologicznej, która dla wielu chorujących kobiet staje się niezbędna. Wszechstronna wiedza, dotycząca metod diagnozowania i leczenia oraz działań wspomagających walkę z chorobą, jest bardzo ważna i pomaga radzić sobie z jej nieprzewidywalnością.

Continue reading „Jestem jedną z dziesięciu”

Nasza droga do adopcji

Każda rodzina ma swoją unikatową historię. Podobnie jest z drogą do adopcji.
U jednych, będzie to droga długa, kręta i wyboista, której zwieńczeniem będzie decyzja o adopcji.
U innych, pełna motywowania i przekonywania drugiej osoby oraz ścierania się odmiennych przekonań.
Zdarza się również tak, że jest to droga, na której adopcję widać od początku na horyzoncie.
Tylko okazuje się, że horyzont znajduje się dużo bliżej, niż nam się wydawało.

Nam przydarzył się trzeci wariant.

Po 6 latach bycia szczęśliwą parą, zdecydowaliśmy się wziąć ślub. Rozumiemy się bez słów
w najważniejszych życiowych kwestiach i także w kontekście potomstwa mieliśmy podobne poglądy. Chcemy mieć dzieci, ale za jakiś czas. Nie czuliśmy emocjonalnej pustki, więc nie pragnęliśmy potomstwa szybko. Mieliśmy przede wszystkim siebie i to było dla nas najważniejsze. Realizowaliśmy się w pracy, mieszkaliśmy najpierw w kawalerce, a jakiś czas po ślubie przeprowadziliśmy się do dużego mieszkania. Wtedy pojawiła się… I.! Nasz ukochany pies. Kochamy zwierzęta, zawsze mieliśmy psy, więc kiedy tylko metraż czterech kątów pozwolił, psi przyjaciel zawitał na naszym pokładzie. Temat dzieci się pojawiał, ale w rozważaniach o przyszłości.

Z perspektywy czasu wydaje mi się to nieco zabawne, ale właściwie od początku naszej wspólnej drogi mieliśmy sprecyzowany plan dotyczący potomstwa. Chcieliśmy mieć dwójkę dzieci. Pierwsze miało być naszym dzieckiem biologicznym, a drugie planowaliśmy adoptować.
Masterplan był niezmienny przez lata i może dlatego adopcja była od początku przez nas oswojona. Nie budziła dużego lęku, nie brzmiała obco, nie była złem koniecznym. Nie była ostatnią deską ratunku.
Znajomi, paradoksalnie nawet częściej niż rodzina, pytali nas o plany prokreacyjne 😉
Kiedy Wy?! – padało coraz częściej. Zaskoczę Was, bo z pełną świadomością i bez cienia nieprawdy czy jakichś ukrytych emocji, odpowiadałam im, że nie teraz, może za jakiś czas, a może nigdy,
że jest nam dobrze bez dzieci. Tak właśnie było i była to najprawdziwsza prawda. Kiedy ludzie  bardzo się kochają, nie muszą czuć, że coś tracą, będąc tylko we dwoje.
Może dlatego nigdy nie wpadłam w pęd do rodzicielstwa, może dlatego moje instynkty matczyne tak długo się nie pojawiały.
Moja Mama zmarła na nowotwór jajnika mając 41 lat, pomimo profilaktyki i bycia pod regularną kontrolą lekarza. Być może dlatego, podświadomie utworzyło się we mnie jakieś poczucie, że może będzie potrzebny plan b. Może dlatego od zawsze czułam, że adopcja będzie moją ścieżką rodzicielstwa.
Wyjaśnień jest pewnie kilka, ale z pewnością była w nas wewnętrzna akceptacja ścieżki adopcyjnej. Najważniejsze dla nas zawsze było to, że chcemy naszą miłość przelać na małego człowieka,  wychować go zgodnie z naszymi wartościami, dać mu dom i bezpieczną przyszłość, otoczyć opieką i przekazać wszystko to, co razem stworzyliśmy.
Oczywiście jak każdy, chcieliśmy mieć biologiczne dziecko, ale to nigdy nie był dla nas jakiś mus,
czy absolutny priorytet. Ktoś nad nami czuwał, że również w tej kwestii tak dobrze się dobraliśmy 😉

Continue reading „Nasza droga do adopcji”