Herbata z sokiem malinowym

Wiosenny ciepły wieczór. Ptaki śpiewają za oknem, chłopcy śpią spokojnie w swoim pokoju.
Psia przyjaciółka wtula się we mnie, a Ł. wyfrunął z domostwa na niezwykle fajne wydarzenie.
Cisza wypełnia przestrzeń. Choróbsko nie odpuszcza i jakby na przekór pięknej aurze, uziemiło mnie znów w domu. Otulona kocem, wbrew logice temperatury za oknem, popijam dużymi łykami gorącą herbatę i kończę czytać książkę. Znad płomienia pachnącej świecy widać, jak od jej ciepła  unosi się para. Nie-zielona, nie-owocowa, nie-droga, nie-firmowa, nie-liściasta ta herbata. Zwyczajna. Z torebki. W grubym kubku parzona, bez cukru, za to z sokiem.
W ten piękny wieczór, choć z dzikim kaszlem i złym samopoczuciem, siedzę w cieple i czuję się sobą. W zgodzie i w pełni. Bo ta herbata jest trochę taka, jak ja.

Ile siebie w sobie?
Każdy z nas dojrzewa do stanu, w którym wie, kim jest i zaczyna siebie akceptować.
Nie chodzi o akceptację bezgraniczną i bezustanną, swoje wady i niedoskonałości warto zauważać
i nad nimi pracować. Nie chodzi o pogodzenie się z losem i spoczęcie na laurach.
Istotą jest czucie się dobrze ze sobą i w swojej skórze. Istotą jest być sobą i nikogo udawać.
Kiedy byłam nastolatką, wydawało mi się, że pozjadałam wszystkie rozumy, jednak totalnie nie wiedziałam kim jestem i kim pragnę być. Odpowiedź była prosta – sobą. Jednak trochę czasu zajęło mi to, żeby ten niby oczywisty fakt zrozumieć.
Wpychałam się w ramy świata buntu i undergroundu. Niezwykle potrzebowałam przynależeć do grupy, być taka jak osoby, które mi imponowały. Jeśli z czymś się identyfikowałam, to całą sobą.
Nie oszukujmy się jednak, trochę to wszystko było na wyrost, ale takie prawo nastoletniego człowieka. Czas to był dobry, a poszukiwania wiedzy o sobie naprawdę owocne.

„Ada”, to nie wypada!
Wiele lat później, na moją samoświadomość, ale też powierzchowność atak obrała praca. Miejsce, ludzie, przytłoczenie konwenansami i wbiciem w ramy. Czułam, że udaję, że staram się wejść w skórę kogoś innego. Częściowa uniformizacja i konieczność wejścia w zawodową rolę, zabrała mi kawałek tożsamości. Bo przecież taka już jestem dorosła, a dorosłość, to poważna sprawa. To wypada, a tamto już nie. No przecież, co ludzie powiedzą. Schemat, konformizm i wszystko gra.
Wędrowałam pod prąd odkąd pamiętam, ale w pewnym momencie sama zaczęłam się stopować. Że może już za stara jestem na bunt, że świata przecież nie zmienię, a garsonka też całkiem spoko.
Przyszedł czas, w którym to wpisanie w scenariusz życia człowieka dojrzałego, zaczęło mnie uwierać. I wtedy pojawili się chłopcy. No i znowu się zaczęło!

Matka – brzmi dumnie.
Mamą być. To już jest level hard dorosłości. Targały mną sprzeczności. Jednego dnia, chciałam wpisać się kanon dumnej matki polki. Innym razem – zwiewać gdzie pieprz rośnie. Jedni mówią – rola życia. Inni – jedna z wielu, do tego mocno przereklamowana.
Czułam ciężar matczynego kalibru, na dodatek podwójnie. Czy to jednak znaczyło, że miałam rzucić wszystko i zając się czytaniem poradników o zupkach i kupkach? Założyć elegancką bluzkę, złote kolczyki i układać plan edukacji dla synów na najbliższe 20 lat?
Nie jest łatwo znaleźć złoty środek. Z jednej strony czas płynie, każdy z nas się zmienia i nasze myślenie o sobie również. Tylko, czy musimy podążać ślepo za tym czym nas karmią społeczne powinności? Jesteś dorosła, masz taką, a nie inną pracę, jesteś żoną, matką. Powinnaś! I tu lista powinności o długości papieru toaletowego w wersji XXL.
Nie dajmy się zwariować. Mamy tendencję do myślenia o sobie przez pryzmat ról społecznych i zawodowych. Gdzie w tym wszystkim nasze „ja”? Spróbujmy czasem pomyśleć inaczej. Odrzućmy jestem dyrektorką, modelką, dziennikarką, żoną, matką, babcią. Powiedzmy do siebie – jestem sobą. Lubię słońce, kwiaty i psy. Moją radością są dni pełne wydarzeń, szybkie tempo i śpiewanie w samochodzie. Nie lubię nudy. Uwielbiam czytać, pić kawę na tarasie i lubię ciszę. Muzyka wyzwala we mnie nieopisaną energię. Już? W każdej z nas jest tak wiele fajnych cech. Nie definiujmy siebie tylko i wyłącznie przez pryzmat wieku, czy ról, które przyszło nam pełnić.

Jestę blogerę
Czas, który spędziłam w domu z chłopcami dał mi wiele wewnętrznej siły. Uruchomił demony przeszłości – to jedno. Jednak pozwolił również sięgnąć w głąb i znaleźć tam to, czego szukałam w ostatnich latach. Siebie. Dzięki nim, poczułam moc, którą zaczynałam gubić.
Zrozumiałam, że chcieć, to móc. Że jeśli nie teraz, to kiedy. Mogę wszystko. Próbować i się sparzyć, podejmować wyzwania i ponosić klęskę, uczyć się na błędach lub je popełniać. Podążać ścieżką lub zaraz z niej zawrócić i nie osiągnąć celu. Kto nie ryzykuje…
Poczułam, że moją łódkę mocno rozpędził wiatr i szkoda by go było nie wykorzystać do sprawdzenia, co znajduje się po drugiej stronie jeziora.
Między innymi dlatego, tworzę to miejsce. Domowe historie powstały z potrzeby serca i głowy. Radości z pisania i chęci podzielenia się zagmatwanymi kolejami losu. Są moim katharsis, ale przede wszystkim mogą stać się wskazówką dla Was. Nie „jestę blogerę”. Nie zamierzam być Waszym coachem, za to chciałabym się od Was wiele nauczyć.
Domowe nie powstały z potrzeby zarobkowej, nie mają na celu promowania mojej osoby, ani tym bardziej moich dzieci. Nie zależy mi na poklasku, ani tanich komplementach. Nie planuję kariery blogera i nie zamierzam atakować Was opowieściami o nowym odkurzaczu, który jest jedyny i niezawodny, a przy dwójce dzieci, to już w ogóle świetnie się sprawdza.
Marzy mi się, że będziemy tworzyć to miejsce razem. Chciałabym, żeby kiedyś Domowe Historie żyły Waszymi opowieściami, wymianą zdań i spojrzeń na dany temat. Chciałabym czuć, że tu jesteście i macie swoje przemyślenia po przeczytaniu tego, co piszę.
Czy to marzenia do spełnienia, czy też marzenia ściętej głowy – pokaże czas 😉

To ja, to ja, oto prawda o mnie
Tego wieczoru już wiem, że aby szczęśliwym być, trzeba swój nonkonformizm zachować. Niezależnie od okoliczności znaleźć sposób, aby pozostać sobą. Po raz pierwszy od długiego czasu czuję, że mogę robić to, co chcę i mogę być taka, jak chcę. Choć każdego dnia, w niejeden wbiję się uniform i niejedna rola zdominuje codzienność – jakoś łatwiej to wszystko znieść, mając poukładany świat wewnętrzny.
I herbatę mogę pić zwyczajną, nie dodawać imbiru i nie kupować wyselekcjonowanych orientalnych odmian. Innego dnia kawę wypić z pianką w pięknej porcelanie, bo kawę też lubię, a kobieta zmienną jest.
Niezmiernie cieszy mnie to, że nie zgubiłam siebie, choć tak łatwo tego nie zauważyć w porę.

Ściskam Was!

M.

Published by

4 thoughts on “Herbata z sokiem malinowym

  1. To bardzo ważny i mądry wpis. Powinien być wskazówką dla każdej osoby, która wchodzi w „dorosłość” lub jest już „dorosła” – niezależnie od tego, czy jest rodzicem, czy też nie. Mimo braku chęci uczenia nas czegokolwiek, mnie już trochę nauczyłaś 🙂 Pisz więcej!

  2. O tak, właśnie dlatego lubię takie miejsca jak ten – bo spomiędzy liter wychodzi człowiek z krwi i kości, taki prawdziwy, a nie wykadrowany i przypudrowany tak, że nie widać już tego, co naprawdę go tworzy. Dlatego wracam tu i będę wracać.

    Mam wrażenie, że jesteśmy w tym samym punkcie życia. Czasem trzeba pędzić, czasem wszystko stoi na głowie, ale mamy już swój solidny punkt odniesienia – spokój wewnętrzny – do którego fajnie się wraca nawet przy największej zawierusze.

    Ja też Cię ściskam!

    1. Dziękuję serdecznie i ogromnie się cieszę, że zaglądasz do Domowych. Spokój wewnętrzny, to niezwykle ważny punkt odniesienia – to wspaniale, że czujemy podobnie 🙂 Pozdrawiam ciepło!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *