Adopcyjna sielanka. U nas? Idealnie!

Byli sobie Oni. Szczęśliwa czwórka + pies. I domek mieli piękny i ogródek zielony. Ach sielsko było i anielsko. Pewnie, że tak!
Sielskość dotyka nas każdego dnia. W codzienności, w uśmiechu, w oczach pełnych radości, w słońcu i w pierwszym po zimie krokusie. W brzuchu psa, który można drapać do woli i w jej merdającym ogonie. W najszczerszych buziakach od roześmianych synów. W oczach Ł., kiedy duma go rozpiera, bo nauczył chłopców fragmentu rockowej piosenki.

Sielanka z filtrem czy bez?
Choć ten klimat bajkowy pojawia się niemalże codziennie, to i odcienie szarości są nieodłącznym elementem życia. O wstydzie przed obrazkiem bez filtra zdań kilka.
W czasie procesu adopcyjnego mieliśmy ogromne szczęście trafić na fantastyczną grupę warsztatową. Znaliśmy się krótko, ale intensywnie. Staliśmy się wspólnie powiernikami przeróżnych emocji, tajemnic, marzeń i poglądów. Zżyliśmy się ze sobą i czuliśmy, że będziemy świetnie się wspierać w poadopcyjnym czasie. I ten kontakt faktycznie przetrwał – wymieniamy się zdjęciami dzieci, opowiadamy o tym, co słychać u każdego z nas. Jednak nie udało się stworzyć głębszych relacji. Skłoniło mnie to do przemyśleń.
Nagle wszyscy wpędziliśmy się w kontakt oparty o coś na wzór najpiękniejszej kartki z wakacji. U nas? Wszystko jest wspaniale, idealnie, bezproblemowo. Dzieci nie stwarzają najmniejszych kłopotów, rozwijają się w pełni harmonijnie, chodzą do przedszkola bez grymaszenia itd… Naprawdę?

Doświadczenia do podzielenia
I nie chodzi o wspólne lamenty, marudzenie czy obarczanie innych swoimi sprawami. Wymiana doświadczeń, to raczej słowo klucz. To trochę tak, jakby ktoś miał pomyśleć – mają trudności? Ooooo! Nie radzą sobie!
Przecież prawda jest inna. Można radzić sobie świetnie, a problemy i tak się pojawią. Są niezależne od nas. Nie wynikają z naszej winy. Skoro już są, to lepiej próbować je rozwiązać, niż chować pod dywan. Bo one nie znikną, a po przesunięciu dywanu może się okazać, że nawarstwiło się ich jeszcze więcej.
Boimy się, że ucierpi nasz wizerunek. Obawiamy się, że ktoś zarzuci nam rodzicielską niekompetencję. Odczuwamy strach przed tym, że ktoś źle oceni nasze dziecko. Zaszufladkuje je i przypnie niepochlebną łatę. To może w konsekwencji prowadzić do swego rodzaju izolacji – schowajmy się przed światem, może nikt nie zauważy, że nie jesteśmy idealni.
Dokonujemy też samooszukiwania w wariancie majstersztyk. Wmawiamy sobie, że nasze życie po adopcji jest jak z wyretuszowanej okładki magazynu. Wystylizowanym dzieciom, uśmiech nigdy nie schodzi z twarzy. Słońce zawsze świeci, dom błyszczy, a dzień wita nas świeżymi kwiatami od męża i śniadaniem do łóżka. Do tego bitwa na poduszki, która nie zmąci nawet ułożonej o poranku fryzury. Bajka!
W rzeczywistości boimy się, że będziemy oceniani w kategorii – noo, ale im się trafiło dziecko. Dobrze, że nasze zachowuje się lepiej, jest zdrowsze, ładniejsze i szybciej opanowało jazdę na wrotkach! I tak ciągniemy tą spiralę nieprawdy, co powoduje jeszcze większą frustrację – zobacz Kochany, jak to się stało? Widzisz widzisz, jak oni mają? No spokój zupełny, cud, miód, słodycz sama. Kochana, no spójrz tylko! U nich, ten mały już na rowerze śmiga i ojcu pomaga ogródek kosić. A jaki podobny do niego! I to spojrzenie mądre! Że też ten nasz, jakiś taki…inny.
Mając poczucie samotności w trudnościach, brnie się w społeczną maskę i gra w wyścig na najpiękniejszy obrazek. Tym samym, ma się poczucie wyobcowania, nawet z grupy ludzi, którzy mają podobne przeżycia.

Lustereczko, powiedz przecie…
Jak chcemy być widziani w oczach innych, ale też własnych?
Mądrzy, ładni, osiągający sukces zawodowy i rodzinny. Dzisiaj wszystko musi być topowe – mieszkanie, samochód, ubrania, elektroniczne gadżety. Cywilizacja zmusza nas, do pędu i pogoni za doskonałością w każdej sferze życia. Jak do tego wszystkiego pasują dzieci z problemami? Z niepełnosprawnością? Z nieharmonijnym rozwojem? Z nieidealnym wyglądem? Czy wpisują się w obowiązujący kanon?
Coraz częściej ludzie oceniają się wzajemnie w oparciu o kwestie, które nic, a nic nie mówią o nich samych. Czy nie mamy tendencji do plasowania na lepszej pozycji osób, które piastują wysokie stanowiska zawodowe? Tych, którzy dorobili się pięknego przestronnego mieszkania? Jeżdżą luksusowym samochodem? Wyglądają zawsze nienagannie i zgodnie z wiodącymi trendami? Wyjeżdżają na wakacje do topowych destynacji? Wydaje mi się, że w naszej świadomości, osoby o takich atrybutach zawsze będą wyżej w klasyfikacji. Tylko czy te wszystkie przymioty mówią coś o tym, jakimi jesteśmy ludźmi? Spróbujcie wymienić cechy, budzących podziw osób, bez materialnego opisu. Może jednak warto zajrzeć głębiej? Może pod tą fasadą kryją się zupełnie inne rzeczy, niż to co widzimy na pierwszy rzut oka?

Mój dom, moja twierdza
Jest jeszcze coś, co sprawia, że nie chcemy rozmawiać o trudnościach. Tak zwana druga strona medalu. Sprawy rodzinne powinny zostać w domowym zaciszu. Prywatność jest niezwykle ważna, to niekwestionowalne. Jednak człowiek potrzebuje wsparcia z zewnątrz. Są dwa wyjścia – albo zamkniemy się w domu z problemami, a później po latach będziemy wypominać światu, że byliśmy sami i nikt się nie domyślił, że tej pomocy w ogóle chcemy. Albo będziemy mówić o tym, że nie wszystko jest ok i poszukamy wiedzy oraz sposobu jak rozwiązać problem. Także ludzi, którzy ze swoimi doświadczeniami będą mogli nam podpowiedzieć, jak uporać się z trudnościami lub jak nauczyć się z nimi funkcjonować. Przecież to, że nie wszystko widzimy przez różowe okulary, wcale nie musi oznaczać, że nie czujemy się szczęśliwi. To co nam się przydarza, należy potraktować jak wyzwania i się z nimi po prostu mierzyć.
Tym bardziej, że rodzice adopcyjni chcą rozmawiać. Przekonałam się o tym podczas dogoterapii, na którą zabieraliśmy chłopców. Były to zajęcia dla adopciaków, w czasie ich trwania rodzice mieli czas na wspólną kawę. Przez większość spotkań rodzicom towarzyszyły typowe rozmowy o pogodzie, katarze i szczepieniach. Rodzicielska nuda. Pod koniec serii spotkań, okazało się, że mamy ogromny niedosyt rozmów. Zaczęły się poważne tematy, wymiana doświadczeń. Na ostatnich zajęciach rozstawaliśmy się z żalem, że to już koniec. To dało mi kolejną refleksję, ale o tym za moment.

Wsparcie w zamian za wyparcie!
Fajnie, jeśli wsparciem jest rodzina, to jasne. Jednak czasy rodzin wielopokoleniowych mijają. Czasy, w których babcie, tabun cioć, wujków i starszego kuzynostwa pomagał w opiece nad dziećmi, odchodzą w zapomnienie. Jeśli macie duże familijne zaplecze, to wspaniale. Jeśli macie wokół siebie tylko kilka osób gotowych do pomocy, to też fantastycznie. Trudno oczekiwać, że bliscy rzucą wszystko i zajmą się Waszymi sprawami. Tym ważniejsze staje się zbudowanie własnej bazy pomocowej.
W systemie adopcyjnym powstała luka. Dziura rzec można, bo nie da się jej przeoczyć. Fora adopcyjne pękają w szwach od rozpaczliwego wołania o pomoc. Bo wsparcie instytucji kończy się wtedy, kiedy zaczynają się najbardziej strome schody, na dodatek bez poręczy.
W mojej głowie kiełkuje pomysł grupy wsparcia dla rodzin adopcyjnych, takiej nieformalnej oczywiście. Miejsca, gdzie rodzice mogli by się spotkać i szczerze porozmawiać, wymienić doświadczenia i znaleźć zrozumienie.
Jak jest w Waszych miastach? Macie takie grupy? Uczestniczyliście lub mielibyście ochotę na takie spotkania? W moim regionie są tego typu działania, ale na zasadzie profesjonalnej pomocy (podobnie jak terapia grupowa), więc są odpłatne. Stworzenie grupy na zasadach podobnych do grupy wsparcia i do tego nieodpłatnej, to by było coś fajnego. Może zaktywizować WOA do tego typu działań? Marzy mi się to w każdym razie i może kiedyś się urzeczywistni!

Was zostawiam z refleksją nad życiowymi filtrami. Fajnie jest dodać więcej światła, wygładzić, podkręcić kolor i ostrość, skadrować to, co najbardziej idealne. Nawet cienie i prześwietlenia miło jest czasem usunąć. Sama to robię nieustannie. Byle tylko w życiu zostało jak najwięcej życia, a nie Instagramowej inscenizacji.

Published by

4 thoughts on “Adopcyjna sielanka. U nas? Idealnie!

  1. Ja tak trochę nietypowo bo jestem babcią dla naszego adoptowanego dziecka.
    I szukam opowieści o tym trochę trudniejszym rodzicielstwie.Szukam by jak najmniej popełnić błędów jako babcia.
    Ta babcia gotowa do pomocy ale jednak ok.2 godzin na dojazd do siebie mamy.
    Z tymi grupami wsparcia to może się uda ale zauważyłam,że po prostu ,część rodziców adopcyjnych chce być traktowanych -‚jakby nic się nie stało’ -przecież to tak zwyczajnie przybiegło sobie dziecko i my już świetnie sobie radzimy
    i…może nie chcą być porównywani?
    może tych porównań się po prostu boją ?
    Ja myślę ,że lepiej być przygotowanym ,że coś wyskoczy w tym codziennym dniu ale przecież innym tez „wyskakiwało” i sobie poradzimy .
    To poradzę sobie i ja.
    Podejrzewam też ,że wiele rodzin,wbrew temu co teraz mówią ,chcą się odciąć od adopcji …bo po co dziecku o tym mówić ? co to zmieni? A takie spotkania to większa grupa o tym wie.
    Zauważyła tez ,że rodzice niemowlaków są bardziej euforyczni ,jest tak super..
    I…tu nie wierzę ,bo nawet te biologiczne dzieciaki jako niemowlaki też nie zawsze są takie super.
    A ,że pomoc i rady są ważne to widać w bogatszych krajach /chociaż chyba nie o pieniądze chodzi/.
    W USA w jednym z największych szpitali dziecięcych psychiatrycznych jest całe piętro tylko dla….dzieci adoptowanych i ich problemów.
    Mam nadzieję ,ze blogi czyta większa ilość Babć i Dziadków,wujków.To bardzo ważne by rodzina tworzyła się mądrze.
    Babcia

    1. Bardzo dziękuję za Pani komentarz – to naprawdę ważne słowa. Wspaniale, że jako Babcia jest Pani otwarta na to, żeby poruszać również te trudniejsze tematy. Życzę Pani, żeby rola Babci przynosiła jak najwięcej wspaniałych chwil i dawała wiele radości 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

  2. Jestem mamą adopcyjną bliźniaków córeczki i synka. Czytałam Twoje słowa i przypominałam sobie nasze początki, te piękne i te trudne. Trafiłam tu przez przypadek, ale bardzo się z tego cieszę. Bardzo ciekawie piszesz. Podoba mi się szczerość wypowiedzi i naturalny obrazek, a nie ten przekolorowany jakich pełno teraz w telewizji i w sieci. Nawet jak piszesz o trudnych chwilach to w tak mądry i obiektywny sposób. Nie narzekasz a dajesz obraz rzeczywistości, która właśnie taka jest: raz piekna, raz trudna. Tak jest, że rodzice zarówno ado jak i biologiczni idealizują obraz rodzicielstwa. Wydaje mi się, że w dużej mierze dlatego, że jesteśmy wiecznie poddawani ocenie przez tych co to „wiedzą” lepiej, a pojawiające się problemy wydaje nam się, że godzą w nasze kompetencje jako rodziców (sami tak siebie często nakręcamy). Mieszkam w małym mieście gdzie prawie każdy się zna, historia pojawienia się dzieci u nas jest na tyle znana, że w przedszkolu nie musiałam mówić, że dzieci są adoptowane bo już było wiadomo. Celowo nie mówię o problemach nawet z bliższymi mi osobami bo wiem, jak łatwo przykleić komuś łatkę. Mówię o dzieciach tylko dobrze bo wiem że i tak są oceniane. Buduje w nich poczucie własnej wartości. Z chęcią bym jednak wymienila się doświadczeniami z kimś kto właśnie tak obiektywnie podejdzie do tematu, bo co prawda nie dostrzegam u siebie w rodzinie poważniejszych problemów, jest tak jak wydaje mi się w każdej rodzinie, ale fajnie byłoby tak po prostu porozmawiać. Szczerze bez kolorowania.
    Pozdrawiam

    1. Dziękuję za miłe słowa 🙂 Wymiana doświadczeń jest niezwykle pomocna – szczególnie między osobami na różnych etapach procesu adopcji i rodzicielstwa. Zapraszam serdecznie do czytania i wyrażania własnego zdania – to bardzo cenne. Pozdrawiam ciepło!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *