Domowa kołysankowa ewolucja

Dzisiaj zabiorę Was w małą wielką (tak tak, właśnie taką) podróż – od usypianiowej rozpaczy do kosmicznych wzruszeń. Zapraszam na domową kołysankową ewolucję.

Dom, to dźwięki. Cisza lub gwar. Tuptanie psa, odgłosy rozkładanych naczyń, woda lejąca się do wanny, szmery rozmów, sikorki śpiewające za oknem i muzyka.
Dla nas muzyka jest niezwykle ważna, nie wyobrażamy sobie bez niej naszego mikroświata. Chłopcy nie byli do niej przyzwyczajeni. Nie oswajali się z nią w brzuszku, nie towarzyszyła im od pierwszych dni. Zależało nam więc, żeby zasypiali przy muzyce. Doświadczeni rodzice z naszej familii, podpowiedzieli nam sprawdzone kołysanki. To płyta Kołysanki Utulanki w wykonaniu Magdy Umer i Grzegorza Turnaua. Polecam ją całym sercem i nie jest to wpis sponsorowany, nie nie 😉
Dziadkowie sprawili chłopcom radio, więc byliśmy w pełni gotowi przystąpić do zmasowanego ataku muzycznego na nasze dzieci.

Początki były jak zły sen. Kołysanki i nasze dzieci stanowiły zupełnie odrębne byty. Powiem więcej, w ferworze dźwięków, które wydawali z siebie moi synowie, kołysanek w ogóle nie było słychać. Mieliśmy problemy z uspokojeniem chłopców, z wyciszeniem ich, z wprowadzeniem w stan relaksu. Emocje buzowały w nich o każdej porze dnia, wieczorem nie było inaczej. Kiedy jeden z nich przestawał płakać lub krzyczeć – drugi zaczynał. Do tego dochodziły codzienne demolki pokoju. Do tego stopnia, że na wiele miesięcy wynieśliśmy z niego większość zabawek i rzeczy, którymi można się było w jakikolwiek sposób uszkodzić. Nasi synowie z jednej strony bardzo chcieli naszej obecności, z drugiej totalnie ją odrzucali. Każdego wieczoru testowali naszą wytrzymałość oraz swoją (robiąc sobie wzajemnie małe złośliwości). Sprawdzali nas, co tu kryć.
Usypianie dzieci kojarzyło mi się zawsze z czymś sympatycznym, pełnym ciepła i miłości. Nasze, było swego rodzaju harówką. Orką na ugorze, rzec można. Wzruszeń też tam nie było, uwierzcie mi.

Nie poddawaliśmy się. Rytuał był ciągle powtarzany, a Kołysanki Utulanki wypełniały pokój chłopców dźwiękami każdego dnia. Początkowo śpiewałam je, starając się przebić przez wszelakie manifesty rozpaczy. Prawda jest również taka, że w ten sposób sama trochę mentalnie uciekałam. Usypianie czasem trwało bardzo długo, więc moje myśli przenosiły się chociażby do chwil, kiedy  Mama śpiewała mi kołysankę „Ach śpij kochanie” – aaa, aaa były sobie kotki dwa. Aaaa, aaaa
szaro-bure, szaro-bure obydwa. Uciekałam również od rosnącej we mnie złości, kiedy chłopcy testowali naszą wytrzymałość do granic możliwości i nawet liczenie do 10, żeby się uspokoić, nie przynosiło ulgi.
W pierwszym okresie usypialiśmy chłopców wspólnie z Ł. Jednak szybko naszła nas refleksja, że przecież tak się na dłuższą metę nie da. Prędzej czy później będą wieczory, podczas których nie będziemy w domu w komplecie. Wiedzieliśmy więc, że każde z nas musi opanować tą trudną sztukę w pojedynkę.

Kołysanki w pewnym momencie zaczęły wysuwać się na pierwszy plan. Chłopcy naprawdę je polubili i zaczęły stanowić nieodłączny element zakończenia każdego dnia (tyle, że teraz już jako wspólny byt ;)) Były ważne do tego stopnia, że zabraliśmy je również na nasze pierwsze wspólne wakacje. Dzięki nim, nowe miejsce nie wzbudziło lęku podczas zasypiania. Inna sypialnia, nowe otoczenie, ale znane dźwięki i bezpieczna powtarzalność.
Odnaleźliśmy swój rytm i rytuał, który zaczął nam wszystkim sprawiać radość. Nasi synowie poczuli się pewniej i spokojniej. Pokój stał się ich rzeczywistą przestrzenią. Do teraz lubią się chwalić gościom, na którym łóżku śpią i podkreślać, że to ich pokój, w ich domku.

Jesteście ciekawi jak jest teraz? Otóż fantastycznie! Naprawdę. Dokonała się kołysankowa ewolucja. Rewolty nie było, to oczywiście był proces.
Aktualnie śpiewamy kołysanki razem! Po kąpieli, w pokoju chłopców opowiadamy bajki.
T. i M. sami wymyślają, o czym będą. Oj, trzeba się nagimnastykować, żeby na hasło – smok, rekin, wilk, czarownica czy duch opowiedzieć coś krótkiego, z sensem, morałem i  o pozytywnym przesłaniu, pomimo specyficznych bohaterów 😉 Po sygnale – teraz ostatnia bajka, a później kołysanki – zaczynamy śpiewać.
Pamiętam wieczór, kiedy starszy syn zaczął śpiewać ze mną. Oczywiście co 4 wyraz i po swojemu, ale robił to, a mi oczy wychodziły z orbit, a serce biło jak oszalałe. Zaskoczył mnie totalnie! On przez cały ten czas wsłuchiwał się w treść. Ach! Płakałam wtedy ze szczęścia jak bóbr 🙂
Przed snem opowiadamy, śpiewamy, tulimy, całujemy i nie ma nic przyjemniejszego niż „mamo! jeszcze buziaka!, „tato! jeszcze tulić!”, „mamooo! śpiewaj, ostatnią!”.
I choć fałszuję okrutnie i nigdy śpiewać nie lubiłam, wróć – nigdy nie robiłam tego publicznie. Nawet podczas śpiewania sto lat, czy kolęd. Chłopcom śpiewam z wielką przyjemnością i myślę wtedy, że w końcu czuję to, co czuła moja Mama, śpiewając mi i bratu.

Życzę Wam wielu pięknych wzruszeń „do poduszki”, błogości w sercu, radości z przytulania dziecka, które odwzajemnia uścisk. Wychodzenia z pokoju dziecięcego z uśmiechem na twarzy. Rozczulania się widokiem spokojnie śpiących dzieci. I oczywiście kreatywności, żeby opowiadać im piękne historie. I te poranki, kiedy marzycie o dalszym śnie, ale do Waszej sypialni wpadają 4 stopy pełne energii, 4 ręce, które od progu tarmoszą za uszy psa, 2 buzie opowiadające o tym, w co będą się bawić i z rozmierzwionymi włosami wpadają Wam w ramiona. Bezcenne.
Bo odrobina lukru czasem wyjątkowo dobrze smakuje!

Poniżej moje dwie ulubione – miłego słuchania 🙂

Published by

2 thoughts on “Domowa kołysankowa ewolucja

  1. Uwielbiamy tę płytę, kupiłam ją, jak tylko mały pojawił się w naszym życiu i słuchamy co wieczór. Moja ulubiona to Kołysanka dla okruszka oczywiście, wiadomo, bo przecież Rys jest takim małym okruszkiem, „który los zesłał nam”:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *