Wspólne początki

Jesteśmy w domu. Razem. Nas czworo plus pies.
Zaczynamy przygodę pełną niespodzianek…

W pierwszych dniach naszego wspólnego życia, czas pędził jak szalony. Mieszał nam się dzień
z nocą, weszliśmy w tryb stuprocentowej aktywności. Na każdym kroku pojawiały się chwile wzruszeń i ogromnej radości, bo oto weszliśmy w fazę – „nasz pierwszy raz”. Pierwsze wspólne posiłki, zabawy, spacery, kąpiel i usypianie. Byliśmy razem całą czwórką. Z tych chwil, można uzbierać sporo magicznych momentów.

Tylko, że tym razem nie chcę Wam opowiadać o sielskim obrazku, bo z pewnością możecie sobie wyobrazić jakie w tych chwilach towarzyszą fantastyczne emocje.
Chciałabym jednak pokazać Wam obraz w całości. Porzucić na chwilę społeczną maskę. Prawdziwe życie zwykle ma różne odcienie. U nas tęcza na początku się pojawiała, ale tylko na moment
i zwykle po ulewnej burzy z piorunami.

Jak wszyscy niedoświadczeni rodzice, przeszliśmy przez etap rozjechania walcem. Wydaje mi się, że to był typowy rodzicielski kosmos. Zakwasy (nasz brak kondycji ujawnił się niezwykle szybko, przy dwóch rozbrykanych chłopcach), niespokojne noce, przerywany sen, podkrążone oczy, zimna herbata czy śniadanie w locie jedzone na pięć rat – czyli standard. W pierwszych dniach zapomniałam jak wygląda lustro – tak przyziemne sprawy jak ubiór, czy makijaż – nie było na to czasu. Wieczorami padaliśmy z Ł. jak muchy. Omawialiśmy dzień na kanapie i sen dopadał nas dosłownie w pół zdania. Nawet psina wzdychała wymownie, że w końcu może zasnąć bez efektów dźwiękowych w tle i zabawek na grzbiecie. W końcu tak miało być, prawda? Trudno było spodziewać się innego scenariusza.
W takich sytuacjach człowiek działa na pełnej petardzie. Śmiga jak robot, wykonuje zadania i pada na twarz, kiedy odetną zasilanie. Nie miałam czasu na rozmyślanie, w ciągu dnia trudno było nam spokojnie porozmawiać – machina wpędzona w ruch, tona spraw do ogarnięcia, więc trzeba było działać działać działać!
Typowe oswajanie. Każdy z naszej piątki (tak tak, piątki. I. też musiała na nowo poukładać swoje miejsce w stadzie;)), starał się odnaleźć w nowej dla siebie sytuacji. I przede wszystkim w nowej roli. Rola rodzica i rola dziecka, stały się wtedy pierwszoplanowe. Tylko jak zagrać te role, skoro nie zna się ich specyfiki? Kiedy scenariusz dostaje się w ostatniej chwili?
Trzeba pójść na żywioł, zaufać instynktom. Nie ma innej możliwości. Jednak, nie oszukujmy się.
Jest trudno. Nie działa biologia, hormony. Nie ma czasu na świadome przygotowania i przeżywanie jak w przypadku ciąży. Obie strony błądzą niczym we mgle. Trzeba szybko znaleźć sposób na to, jak w tej mgle nie połamać sobie i innym nóg.

Zawsze z Ł. działamy zadaniowo. Tym razem nie było inaczej. W tym trudnym czasie, szukaliśmy punktów, które mogą być zależne od nas. Bardzo ważne stało się wyznaczenie obszarów życia, nad którymi mogliśmy zapanować i przejąć kontrolę.
Pomyślcie o tych pierwszych wspólnych chwilach, jak o zderzeniu dwóch światów. Nasz świat, który był spokojny, poukładany, ale też w pełni swobodny – mogliśmy w każdym wolnym momencie robić to, na co mamy ochotę. Z drugiej strony świat naszych dzieci – brak stabilności, brak poczucia bezpieczeństwa, żywiołowość, brak norm, brak rytmu dnia. Zetknięcie dwóch tak odmiennych światów, musiało doprowadzić, w pewnym sensie, do buntu obu stron. Nagle znaleźliśmy się w jednym domu, we wspólnej przestrzeni i obie strony musiały się do tej sytuacji w sposób natychmiastowy dostosować.
To trudna gra. No ale skoro trudna, to niezwykle ważne, żeby wszyscy gracze jak najszybciej poznali jej reguły. I żeby te reguły istniały, bo inaczej, to będzie tylko wolna amerykanka.

Podejście zadaniowe pomogło nam pokonać chaos, który się pojawił. Trudno to nawet opisać.
Z jednej strony, robi się wszystko, żeby całą swoją miłość przekazać dwóm małym zagubionym istotom. Z drugiej, już od progu widać, że to nie wystarczy. Sytuacja stała się dla nas jasna – albo szybko przejmiemy ster, albo nasz statek zacznie dryfować w nieznanym kierunku.
Ustaliliśmy plan dnia. Jasny, czytelny i poukładany. Postawiliśmy na powtarzalność i przewidywalność, które szybko dały naszym dzieciom zalążek poczucia bezpieczeństwa. Wprowadziliśmy pierwsze wspólne rytuały i wyznaczyliśmy podstawowe zasady funkcjonowania – brzmi to poważnie, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby dzieci (szczególnie tak małe) wiedziały, że przykładowo po kąpieli wędrujemy zawsze do pokoju dziecięcego. Tam się wyciszamy, słuchamy kołysanek i utulamy do snu. Wieczorna godzina snu jest u nas stała – wiadomo, że w codzienności zdarzają się odchylenia tego czasu, ale są niewielkie. W ciągu dnia drzemka zawsze nastąpi o tej samej porze, przed nią będzie drugie śniadanie oraz krótka bajka itd.
Taki rytm dnia jest zbawienny, szczególnie jeśli spotykacie się z ogromnymi problemami dzieci.
Są rzeczy, które nie są od Was zależne. Nie zapanujecie nad nimi. Dla komfortu dzieci i własnego, trzeba zrobić wszystko, żeby poukładać wspólne życie. Na tyle, na ile to możliwe.
Czy chłopcy się buntowali? No ba! I to jak! Pamiętajcie jednak o sile konsekwencji. Dzięki niej, po jakimś czasie uda Wam się osiągnąć oczekiwany efekt. Docenią to również Wasze dzieci, rytuały „wejdą im w krew” i staną się dla nich czymś oczywistym.

Łatwo poszło, co? Otóż nie. Rytm dnia, to jedno, a czarne chmury, które mogą zebrać się nad Waszym domem, to drugie. Niby znaliśmy prognozę długoterminową, niby spodziewaliśmy się deszczu… ale ta ulewa naprawdę nas zaskoczyła. O pogodzie na niepogodę, opowiem Wam następnym razem.

Published by

One thought on “Wspólne początki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *