Adopcja, Codzienność, Dom, Małe radości, Miłość

Domek z kart

To niesamowite, jak bardzo mamy jako ludzie skłonność do tworzenia wyidealizowanych obrazków. Siebie. Partnera. Dzieci. Bliskich. Domu. Rodziny. Pracy. Wkładamy wiele energii w wmawianie sobie (takie niewpełni świadome wmawianie), że w każdej sferze jest wyjątkowo. Presja sukcesu w każdej dziedzinie życia jest ogromna, a my wchodzimy w nią jak w masło. Tworzymy kreacje, jacy to jesteśmy fajni, zdolni, przebojowi. Bo przecież musi się „udać” w najważniejszych dziedzinach. Wyliczamy swoje osiągnięcia, recytujemy sukcesy dzieci. Na niewidzialnej check liście wszystko odhaczone, więc teraz już z górki, możemy budzić się i napawać tym, co mamy, do czego doszliśmy. Sielsko czarodziejsko.

Sesja presja
Tyle, że to tak nie działa. Cudownie jest doceniać bliskich i siebie. Dobrze jest chwalić i znać wartość. Fantastycznie cieszyć się z sukcesów. Nie to mam jednak na myśli, bo nie widzę niczego złego z optymistycznym podejściu do świata. Sama łapię małe radości w locie i przytrzymuję, aby były ze mną najdłużej jak się da. Mam w głowie raczej wizję zmęczenia tym, że wszystko powinno być perfekcyjne. Idealne. Nieskazitelne. Bez rysy na szkle. Wtłaczając się w presję, zwykle na końcu tracimy.
Spokój. Głęboki oddech. Dystans. Dla i do samych siebie.
Gdy widzę obrazki wiecznie zakochanych par, dzieci wymuskanych do sesji zdjęciowych, uśmiechów od ucha do ucha na każdy dzień tygodnia, autoportretów z tryliardem wyszczuplających i poprawiających urodę filtrów, to zwyczajnie w nie nie wierzę. Tak samo jak w orędzia o domach bez fochów, kłótni, w których zrozumienie, bliskość i wsparcie zjada się chochlami do zupy każdego dnia. No ludzie, tak się nie da. Nie jesteśmy robotami.
Podobnie jak nie wierzę w ckliwe historie o adopcjach, w których wszyscy kochają się na zabój, nikt niczym się nie martwi, a problemy swoich dzieci rozwiązuje w sekundę, bo nigdy się nie poddaje i zna odpowiedź na wszystkie pytania. Cześć i chwała Bohaterom.

Ludzki znaczy gorszy?
Tyle, że każdy z nas zna pewnie kilku bohaterów osobiście i w realu okazuje się, że wcale tak cukierkowo nie jest. Hipokryzja. Rany. Nie lubię hipokryzji.
Jesteśmy ludźmi. Z dostępem do internetu co prawda. Z poprawiaczami światła, koloru, ulepszaczami rzeczywistości. Mimo to, nadal ludźmi. Ułomnymi czasem. Czasem jesteśmy wkurzeni. Mamy doła. Focha. Bywamy smutni. Zmęczeni. Wykorzystani. Bez ochoty na cokolwiek. Brakuje nam momentami cierpliwości. Potykamy się o własne pięty. Zdarza nam się, że jesteśmy niemili, wredni. Niefajni. Nasze dzieci mają tak samo. Czasem nie wystarcza nam czasu na odpoczynek. Za mało śpimy. Za dużo się stresujemy. Choć pracujemy jak mrówki w mrowisku, co miesiąc kasa na koncie tak samo się kończy, a dzieci noszą buty z biedronki, które po miesiącu są dziurawe. Bywamy rozgoryczeni, czasem przeżywamy żal, bo ktoś bliski nas zawiódł. Nie wsparł, nie docenił, nie dostrzegł. Czasem chowamy się w kącie i lejemy łzy, bo czujemy się samotni, choć mamy kilkuset znajomych na społecznościówkach.
Ot, życie. Raz na wozie, raz pod wozem.
Wszechobecna hipokryzja robi nam krzywdę. Bo odrealnione historie i obrazki powodują, że czujemy się mniej wartościowi. Gorsi, że nie poradziliśmy sobie ze wszystkim tak samo doskonale jak inni. Dystans. Bo inaczej wszyscy umrzemy 😉
Trochę chyba jest tak, że w tych bańkach jest nam łatwiej. Cieplej. Pozornie bezpieczniej. Bo nie tak łatwo wyjść z bańki i powiedzieć do siebie – zawaliłam to i tamto, to moja wina bo…., nie wszystko mi wyszło tak jakbym sobie tego życzyła, bywam taka i siaka. Strefa komfortu. Dopiero przekraczając ją, dokopujemy się do tego, co naprawdę czujemy. I choć ta wiedza bywa bolesna, to można ją przekuć w coś dobrego. I prawdziwego. Bo nie ma nic gorszego niż życie w iluzji.
Nawet w najlepszym domu zdarzają się wichry i burze. Nawet w najlepszych historiach pojawiają się wyrwy i cienie. Rysy na szkle świadczą o tym, że ciągle się uczymy. Rozwijamy, a nawet zwijamy. Nawet najwspanialsze dzieci nie są idealne. Nawet najpiękniejsze domy bywają ringiem do kłótni. Nawet najbardziej zaradni rodzice czasem się mylą. Najlepszy pracownik pada na twarz i chce wszystko rzucić w cholerę. Najfajniejsze pary/małżeństwa się rozłażą na szwach. Do tego wszystkiego błądzimy, ranimy, gubimy się, rozsypujemy na kawałki. My ludzie.

 

Weź głęboki oddech
Wy tak nie macie? Jeśli nie, to zazdroszczę z serdecznością. Wydaje mi się jednak, że czasem trzymamy przed samymi sobą taką tarczę, która pozornie ma nas chronić. Tam zatrzymują się wszystkie głębsze myśli i odczucia. Te mniej wygodne. Bo ze środka. Wygodnie jest żyć spychając do podświadomości. Ignorując. Stosując strategię, eeee tam, wszystko jest świetnie. Zrobimy sobie selfie, pooglądamy telewizję, wypijemy piwerko i będzie gitara.
Lekiem na wyidealizowanie świata jest dla mnie nauka odczuwania. Zatrzymania w tym szaleństwie. Patrzenia z perspektywy na pewne zjawiska w moim otoczeniu. Branie dla siebie tego, co daje mi spokój i ukojenie. Oderwanie się od uczestniczenia w wyścigu po kolejne zaznaczone haczyki na check liście. Zastanawianie się nad tym, czego tak naprawdę potrzebuję. Co mi daje radość. Co jest prawdziwe, a co jest tylko ułudą, fikcją. Trudno jest zatrzymać się na swoim wnętrzu. Powierzchowność to pewna kreacja, wielu z nas dba o nią szalenie. Tyle, że środek jest najważniejszy. W środku znajdują się odpowiedzi. Wielu ludzi deklaruje totalne szczęście, a w środku czują się puści, wypaleni, samotni.
Mam wrażenie, że się lekko starzeję. Bo uczę się odpuszczać. Ludzi, którzy wnosili w moje życie tylko truciznę. Pęd, bo zauważam, że na mecie nic na mnie nie czeka. Oczekiwania, bo ich brak nie przynosi rozczarowań. I wiele innych.
Wgląd w siebie przynosi spokój, nawet gdy obok nas toczy się wojna. Są w życiu sprawy, na które nie mamy wpływu. Są marzenia, które nigdy się nie spełnią. Są historie, które mają inne zakończenie, niż sobie wyobrażaliśmy. Ale nic nie szkodzi. Życie, to najpiękniejsza historia. Nasza historia. Jeśli damy sobie samym troskę i uwagę, to naszego wewnętrznego domu nie zburzy żadna burza.
To wszystko przenosi się na nasze dzieci. Życie w bańce, w fikcji, idealnym obrazku, ogromnych oczekiwaniach, presji sukcesu. Przecież nie to chcemy im dać. Czasem może wystarczy, żeby zobaczyli w nas ludzi. Może dzięki temu będą wiedzieć, że oni również wcale nie muszą być idealni. Bo czy nasze dzieci muszą zawsze widzieć nas tylko w doskonałej formie? Czy właśnie tak nauczą się prawdziwego życia?

Luzujemy
Wydaje mi się, że nie. Ale wiecie co? Jestem człowiekiem. I mam prawo się mylić. Więc będę szukać, błądzić, mylić się – bo dzięki temu, może na jakimś zakręcie znów się czegoś nauczę.
Dobrego tygodnia Wam życzę. Jeśli przytrafi się Wam gorszy dzień, albo coś Wam nie wyjdzie, może nawet się wkurzycie, albo zapomnicie o czymś ważnym – będę Wam wtedy serdecznie machać wirtualnie z uśmiechem, bo nic co ludzkie nie jest nam obce. Może nawet nie będzie Wam się chciało po pracy bawić z dziećmi i dacie im go oglądania bajki, żeby mieć święty spokój 😀 Grzmijcie matki idealne! Huczcie i zsyłajcie pioruny. A ja idę poczytać książkę, bo wystarczy  mi, że będę wystarczająco dobra w ważnych dla mnie rolach, a przy okazji nie zwariuję z poziomu frustracji. Bańki hipokryzji, idealne światy – bawcie się, ale nie ze mną.

 

Poprzedni wpis

Zobacz także

Brak komentarzy

Skomentuj